wtorek, 12 maja 2015

14. I Love You, Liberian Girl.

No i jest kolejna. Wiem, że wczoraj miała być nowa z Heaven Is Here, ale raczej na razie nie będę myślał poważnie o tym opowiadaniu. Będę wrzucał coś od czasu do czasu. Nie wiem czy dam radę pisać 6 opowiadań. Nie wiem czy nie zrobię małej przerwy co do The Most Beautiful Girl In The World. To będzie może tygodniowa lub 2 tygodniowa przerwa. Jeszcze nie wiem. dam wam znać.
Do tego mam zły humor, i jestem wściekły na siebie. Pewnie zauważyliście , że Magda nie dodała notki. To wszystko przez totalnego debila. Rozkochał ją a teraz zdradził. Nie wiem jak można być aż tak bezdusznym. Zwykły dupek. Na siebie jestem zły, że nie zrobiłem wszystkiego by wybić jej go z głowy. Ale czasu nie cofnę, więc nie wiem kiedy będą pojawiać się notki, dla mnie Magda jest ważna jest moją przyjaciółką od dziecka. Zawsze może na mnie polegać, tak jak ja mogę na niej. Więc dam jeszcze znać dobrze?









Nie wiem ile trwała operacja, ale zaczęło mi odwalać. Wszyscy czekaliśmy na wieści o stanie zdrowia Angie. W końcu zobaczyłem lekarza, zerwałem się i do niego podbiegłem. Najgorsze było to, że jego twarz nie wyrażała, żadnych uczuć.
- Co z nią?
Lekarz popatrzył na mnie, po czym odparł...
- Stan Pani Castello jest stabilny. Nic jej nie grozi. Obeszło się bez komplikacji- poczułem ulgę. Odetchnąłem głęboko- Zaraz pielęgniarka przewiezie Panią Castello na salę. Powinna spać do rana. 
- Mogę..Mogę do niej iść?- Zapytałem drżącym głosem.
- Oczywiście. Jakby coś się działo to proszę mnie zawiadomić.- Pokiwałem głową. Lekarz położył rękę na moim ramieniu. Spojrzałem na niego wtedy rzucił: Niech się pan nie martwi. Już po wszystkim.
- Dziękuje.
- Niech nie dziękuje pan mi. Powiem szczerze to był cud, że ona żyła. Musiała być naprawdę silna, że nadal jest z nami. 
- To dzielna i silna dziewczyna- rzuciłem z uśmiechem.
- Nie musi mnie pan przekonywać. Do widzenia. 
Radość oblała moje serce. Ona żyje. Jest tutaj. " Boże dziękuje ci". Ze szczęścia łzy zaczęły spływać po moich policzkach, po czym z brody kapały na bluzę. Spojrzałem na Tiff i Rose. Uśmiechnęły się do mnie. Też płakały. Usłyszałem głos Liz, Maca i Wayna szli korytarzem. Mac widząc mnie podbiegł,  po czym rzucił:
- Żyje prawda?- Jeszcze nigdy nie widziałem takiego strachu w jego oczach. Jego głos był tak słaby, że bałem się, że się załamie. Uśmiechnąłem się i pokiwałem głową.
- Nasza "złośnica" żyje.
Na twarzy Maca pojawił się uśmiech.

- Moja dziewczyna żyje?
- No może nie twoja, ale tak żyje.
- Niby, czemu nie moja?- Założył ręce na klatce piersiowej.
- Mały potworku..- Poczochrałem jego włosy. Roześmiał się, po czym się wtulił.- Już dobrze Mac,...Już po wszystkim
- Tak bardzo się bałem. Bałem się, że umrze. Michael- szlochał-Ja myślałem..
- Mac jest p[o wszystkim. Angie dała radę. Jest z nami i nadal jest wredną złośnicą.
- Ale nie jest szczęśliwą złośnicą. A ty nie jesteś też szczęśliwy. Każdego dnia bledniecie i wyglądanie jakbyście mieli umrzeć z tęsknoty- popatrzyłem na niego uważnie. Nigdy bym nawet nie pomyślał, że Mac może się domyśleć, że cierpimy z powodu, że nie możemy być razem. Taki mały a taki mądry.- Nie kochasz Lisy... Kochasz Angie prawda?
- Prawda.. Najszczersza prawda. Nie wiem jak to zrobię, ale coś wymyślę, i za jakiś czas może będziesz moim świadkiem i będziesz podawał nam obrączki.
- Prędzej kosmici się zlecą na świat.
- dzięki, że we mnie wierzysz.
- Żartuje.. Mogę ją zobaczyć?
 - Pewnie, pójdziesz z Rose dobrze?- Pokiwał głową.- Mac?- Spojrzał na mnie zdziwiony- Uwielbiam cię.
- Ja ciebie też- przytulił się- Ale Angie też. Wolę ją od tego babsztyla, z którym wziąłeś ślub- słysząc nutkę zirytowania w jego głosie, głośno się zaśmiałem.- Obiecaj mi, że przemyślisz, sprawę, z kim chcesz być.
- Nie muszę ci tego obiecywać. Wiem, z kim chce być- powiedziałem z powagą. Mac puścił moją dłoń i udał się z Rose na salę. 
- Zadzwonię po Annie i Natalie- mruknęła Tiff, po czym poszła. Wayne też gdzieś się zmył. Wypuściłem powietrze z ust, po czym usiadłem.
- I co dalej- Liz usiadła bezszelestnie obok mnie.- Mike?
- Nie wiem. Jestem rozdarty. Chce być z Angie. Kocham ją. Szaleję. Marzenę o niej.
- W taki niegrzeczny sposób- zaśmiałem się- Zapewne masz fantazje o niej, co. Zasłoniłem twarz ręką, po czym zacząłem chichotać.
- Nie odpowiadaj i tak wiem.
- Liz jak możesz mówić o takich rzeczach.
- A co to nie jest prawda? Ja umiem wyczuć, kiedy człowiekowi jedno w głowię.
- Skąd?.. No tak jesteś doświadczona.
- Kochaniutki widziałam tyle rzeczy na oczy, że już nic mnie nie zaskoczy.
- Nie myślałem o Angie w takich..
- Nigdy?
Miała mnie. Przygryzłem wargę czując jak szczypią, mnie policzki.
- Ktoś został przyłapany na gorącym uczynku.
- Liz błagam.
- No, dobra, ale wiesz, że mnie możesz sie zawsze doradzić.
- Tak wiem. 
- Jeśli byś chciał wziąć rozwód z Lisą, to ci pomogę to przejść.
- Liz wiem, po tylu rozwodach jesteś doświadczona bardziej niż moja babcia ok. 80-tki- rzuciłem. Liz zrobiła nadąsaną minę i mruknęła:
- Też prawda.
- Z kim ja się zadaje.
- Ze mną.
- Kocham cię Liz. Jesteś najlepszą przyjaciółką.
- Michael zawsze ci pomogę. Nie martw się.
- Wiesz nie boje się tego, co powie Lisa. Tylko tego jak zareagują dzieci. Czy mnie znienawidzą i czy przypadkiem, znienadziwą też..
- Angie- dokończyła. Pokiwałem głową.- Nie wiem Mike. Musisz z nimi na spokojnie porozmawiać. Sam mówiłeś, że dzieci są mądrzejsze niż nam się wydaje.
- Wiem- przypomniałem sobie słowa Mac'a- Muszę pogadać z Lisą.
- Oj musisz...
***
Poczułam okropny ból. Uchyliłam oczy, po czym rozejrzałam się po pomieszczeniu. Pamiętałam Michaela i nic więcej. Czyżby to był piękny sen? Może nie było go tu a ja sobie coś ubzdurałam.
Chciałam się podnieść wtedy syknęłam z bólu.
- Ty mała niecierpliwa dziewczynko, nie umiesz się nie ruszać?- Rozpoznałam ten głos. Przekręciłam głowę na bok, na poduszce i wtedy zobaczyłam Michaela. Od razu się uśmiechnęłam. No może dość maskakrycznie się uśmiechnęłam. Ale zawsze coś.
- Jesteś.
- A co ty myślałaś? Jeśli przypuszczałaś, ze wyrzucisz mnie stąd na zbity pysk to się przeliczyłaś.
- Nie chciałam cię wyrzucić na zbity pysk, tylko kazałabym ci zabierać ci te chude 4 litery, bo inaczej bym ci dowaliła.
- Ciekawe jak.
- Musze pomyśleć nad tym... O zastraszę cię strzykawką.
- I co mi nią zrobić?
- Emm.
- A już wiem. Wstrzykniesz mi coś a potem weźmiesz do jakiegoś kantorka i wykorzystasz.
- od początku tylko o to mi chodziło- głośno się zaśmiałam- Mickey usiądź tutaj proszę. Michael usiadł na skraju łóżka, wzięłam jego dłoń i przyłożyłam do policzka.
- Tęskniłem.
- Ja też.. Bałam się..
- Ja też. Mac i reszta tak samo. Ale ja chyba najbardziej odchodziłem od zmysłów.
- Czyli norma.
- No wiesz, co- nachylił się. Oddech od razu mi przyśpieszył.
- Nie zaczynaj.
- Niby, co?
- Jesteś w szpitalu- upominałam go przełykając ślinę.
- Nic nie chciałem zrobić.
- Yhym.
- No, co?
- Zbliż się tylko a dam ci w pysk.
- Ale nie mocno, co?
- zastanowię cię.
- Mogę ci pomóc..
- Niby jak?- Przybliżył się i stało się to, na co czekałam. Delikatnie złączył nasze usta. Pocałunek był krótki, lecz bardzo namiętny. Gdy chciał się oderwać, odwzajemniłam.
- Tracę przy tobie zmysły złośnico.
- Nic nie poradzę królewiczu.
- Hym królewicz ze mnie kiepski. Nie chodzę w rajstopach, nie jeżdżę na białym rumaku.. Nie mam zamku.. i nie wykrzykuję wierszy pod oknem.
- Nie pomyliłeś się przypadkiem. 
- Nie wcale.
- Bo to trochę przypomina mi Romeo. Z " Romeo i Julia" 
- No właśnie muszę ci poczytać. Obiecałem w końcu.
- Ale po francusku.
- Na co ja się godzę. .. No wracajac do tematu nie jestem księciem.
- Nie?
- Chociaż mogę stać się księciem, ale potrzebuję księżniczki. Życie księcia jest wyjątkowo nudne.
- I ja mam być rozrywką?- Syknęłam.
- Nie rozrywką. Ukochaną, którą Bedem kochał przez cała wieczność.
- Oh Michael- wpiłam się w jego usta, w spragnionym pocałunku. Potrzebowaliśmy tego. Niczym powietrze. Było już tak cudownie, gdy usłyszeliśmy ciche gwizdy i brawa. Michael oderwał się, ciężko dysząc. Spojrzałam w kierunku drzwi widząc Mac'a, Rose, Wayna oraz Liz.
- Nie wiemy, że przeszkadzamy mistrzu- rzucił szeroko uśmiechnięty Wayn.
Rose chwile milczała, gdy nagle wykrzyknęła:
- W szpitalu? Serio? Co wam chodzi po głowie.
- Jackson odsuń się od mojej laski- rzucił Mac szczerzą szeroko swoje ząbki.
- Mac- wykrzyknęłam.
- hej a my to, co?
- Rose... Wayne- dodałam.
Michael zakrył usta dłonią, dusząc się ze śmiechu. Przygryzłam wargę, żeby nie wybuchnąć niepohamowanym atakiem śmiechu. 
- Co to miało być.
- Przywitanie.
- Wymuszone było- rzuciła Rose.
- Maruda- wtrącił Wayne-, Chociaż się z nami przywitała... Chociaż biorąc pod uwagę jak przywitała tego pana w kącie to bym się nie obraził na takie przywitanie.
- W twoich snach stary pierniku- Michael nie wytrzymał i zaczął się śmiać. Rose i mac z resztą też.
- ja piernikiem.
- No..
- Nie jestem piernikiem.
- zapyziałym zgredem w takim razie- wystawiłam mu język- Od tej pory jesteś Pan zapyziały zgred.
- Katarynka.
- To jest Pani "trudna sztuka"- wtrącił Michael uśmiechając się szeroko.
- Jackson jak tyś to zrobił, że ona na ciebie poleciała.
- Ma sie te zdolności- zatrzepotał rzęsami, na co zaśmiałam się pod nosem- No popatrz tylko na mnie...
- Ciacho- rzuciła Rose.
- Widzisz.
- Pan "naćpany misiami haribo" chciał powiedzieć, że ma atuty, których ty nie masz.
- Naćpany misiami haribo?- Michael spojrzał na mnie.
- Może być naćpany żelkami. Będzie krócej.
- Matko Boska- skrzywił się.
- Widzę, ze humor Pani dopisuje- usłyszałam trzeci głos. Jak się okazało należał do lekarza-, Ale chyba nawet wiem, dla czego- spojrzał na Michaela, który się zawstydził- A Pan tu od nocy Panie Jackson no..
- Od nocy.
- Pan Jackson przyjechał tu wczoraj o 23 wybłagał z siedem pielęgniarek żeby go do pani wpuściły.
- Siedem? Wydawało mi się, że pół personelu- mruknął Mike, siadając.
- Człowieku spać nie umiesz?- Wtrąciła Rose.
- Oh Come' On. Co pan tu robi doktorze?
- Muszę zobaczyć Pani stan. Więc jak się Pani czuje? Nie ma Pani żadnych zawrotów głowy..
- Na widok niego na pewno- wtrącił wayne.
- Oh, ale nie chodzi, mi o zawroty na widok Pana Jacksona- i lekarzowi udzielił się dobry humor.
- Dostanie pan z nami do głowy- rzuciła Rose.
- Nie, nie miałam żadnych zawrotów głowy, mdłości, jedynie, trochę boli mnie głowa- wyznałam.
- Dobrze, zaraz po przosze pielęgniarkę, żeby pani poddała coś na ból..
- Doktorze?
- tak?
- Ile będę tu musiała jeszcze zostać?
- Przewiduję, ze tydzień, jeśli pani stan nie będzie się pogarszał. A teraz proszę, żebyście państwo tak nie męczyli pani Castello. Musi odpocząć.
- Dobra, będziemy na korytarzu. Tylko nie świntuszyć mi tu, bo was..- Pogroziła nam palcem, po czym wyszła.
- Dziwnie się czuje.
- Dlaczego? Boli cię coś?
- Nie, spokojnie- wysłałam mu uśmiech- Chodź.
Michael bez słowa, położył się obok mnie. Położyłam głowę na jego tors, i zaczęłam rysować niewidzialne wzorki.- Czuję się tak, jakbym nie widziała was wieki. A nie minęło dużo czasu.
- Tak czasem bywa- bawił się moimi włosami.
- Mike, co będzie dalej?
- Uciekniemy na koniec świata i jeszcze dalej.
- A tak naprawdę- spojrzałam w jego oczy.
- Będziemy razem. Będziesz moją żoną, i będziesz mi gotować, i przynosić jedzenie jak będę oglądał mecz przed telewizorem.
-A co z czasem dla mnie?
- Będziesz mieć go oczywiście,
- Nie zamierzam spędzić całe życia, jako twoja służąca- mruknęłam, uśmiechając się. Dobrze wiedziałam, że żartuje. Michael nie jest typem takiego faceta. Nawet sobie nie wyobrażam sobie go, siedzące z puszka piwa, przed telewizorem oglądając mecz.
- Spokojnie kochanie, jestem nieskomplikowany w obsłudze. Naprawdę- pogłaskał mój policzek. Po czym zrobił niewinną minę.- Gdy skończysz gotować, szorować podłogi, podasz mi szklankę whisky.
- Ty i Whisky? Świat oszalał.
- Niedokończyłem. Gdy mi ją podasz ja będę siedział przed telewizorem a wtedy ty będziesz miała pełno czasu dla siebie.
- Oj chciałbyś. 
- żartuje. Nigdy bym cię nie zrobił za swoją służącą. Nie jestem takim typem faceta.
- Wiem- podniosłam się i go pocałowałam- Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham...

I jak? Trochę krótka. no, ale trudno. Do tego jest do kitu.. ale już nie marudzę. Przepraszam za błędy.
Pozdrawiam. Mike

wtorek, 5 maja 2015

13 I Love You, Liberian Girl

Hej miałem tą część już napisaną więc postanowiłem wrzucić, ją. Mam nadzieję, że nie będzie dużo błędów. Kolejna, albo pojawi się w sobotę, lub 12.05. Jeszcze dam znać. No dobrze zapraszam do czytania.
Ukochana piosenka Magdy :)


Poczułam okropny ból, przeszywający moje ciało od nóg, po kręgosłup. Byłam sparaliżowana, nie mogłam wykonać, żadnego ruchu. Nie czułam niczego jednak nie zemdlałam słyszałam jeden wielki szum, który zgrał się w hałas. Niewyraźne przekrzykiwanie ludzi. Nie wiem ile czasu minęło, gdy wszystko zniknęło. Hałasy, ból, zapadła ciemność.


Otworzyłam oczy i widziałam jasne światło, oraz ludzi, idących nade mną. Skrzywiłam się, czując okropny ból głowy, był tak mocny, że przez chwilę myślałam, że głowa mi eksploduje.
- Gdzie.. Gdzie jestem- wyszeptałam, z trudnem. Miałam na ustach maskę, pomagającą mi oddychać.
- Jest pani w szpitalu, wpadła pani pod samochód- rzucił jakiś lekarz. - Czy jest ktoś, kogo możemy poinformować? Z trudem szepnęłam moje ukochane imię
- Michael....
***

Jeździłem bez celu po mieście. Słowa Angie bardzo mnie zabolały. Skoro mnie kocha jak mogła wykrzyczeć mi, że mnie nienawidzi? Zjechałem na pobocze, wyciągnąłem portfel i wyjąłem jedno z jej zdjęć. Było zrobione dwa miesiące temu.
Czy umiałbym o niej zapomnieć? Chce wyjechać? Może przerwa dobrze nam zrobi? Może to zauroczenie? Jest tyle lat ode mnie młodsza, Opadłem na siedzenie, po czym głośno westchnąłem. Nie dam rady o niej zapomnieć, po raz drugi. Raz dałem jej odejść. Schowałem zdjęcie do portfela, po czym odpaliłem i ruszyłem w kierunku hotelu. Błagam niech wszystko się uda. Spojrzałem na zegar 22:30. Nieźle Liz mnie zabije, ale będzie wymyślać, co mogliśmy by robić. Bo byśmy robili, gdyby nie telefon Rose. Zaparkowałem samochód w podziemnym parkingu, po czym udałem się do hotelu, skierowałem się do windy, po czym wjechałem na trzecie piętro. Nie zdziwię się, jeśli wywali mnie na zbity pysk, podszedłem do drzwi, gdy nagle poczułem, że mam jakąś blokadę.
Zaraz, po co mam do niej iść, przecież pieprzy dzień, w którym mnie poznała. Jak jej zależy to sama przyjdzie, a jeśli nie to będę znał odpowiedź czy mnie kocha czy nie.


Była pierwsza w nocy, nie umiałem zasnąć. Ciągle czułem dotyk Angie, smak tych słodkich ust.. Boże, zlituj się, choć raz nade mną. Jakby Angie na mnie zależało, to dawno by do mnie przyszła. Chociaż może nie wie, że wróciłem. Zapytam się jutro Liz, może Angie wróciła na przyjęcie? A może siedziała zapłakana w fotelu z mojego powodu? A może..
' Mogłeś iść zobaczyć, co z nią, a nie unieść się dumą i snuć teraz domysły"

Usłyszałem walenie do drzwi, więc wstałem i skierowałem się w tamtą stronę. Kto o pierwszej nocy się do mnie dobija. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem na maxa wkurzoną Rose. Wyminęła mnie i weszła do środka, po czym stanęła za mną. Zamknąłem drzwi i spojrzałem na nią zaskoczony, założyła ręce na klatce piersiowej i piorunowała mnie wzrokiem.

- Gdzie Angie?- Zapytała chłodno. Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem, ostatni raz jak ją widziałem była w pokoju.
- zabawne, bo recepcjonistka, powiedziała, ze ona oddała klucz, chwilę po tym jak wyszedłeś, i do tej pory nie wróciła.
- Co?
- Ostatni raz sie pytam gdzie ona jest. Okej szefem mojej mamy jesteś, ale Angie to moja przyjaciółka, jeśli przez ciebie coś jej się stało... Nie ręczę za siebie.
- Niby, czemu miałoby się jej coś stać z mojego powodu?- Zapytałem wchodząc, do sypialni.
- Dlatego, ze ona cię kocha idioto!- Kocha mnie. Czyli nie kłamała. Poczułem ulgę, która od razu zmieniła się w niepokój.
- Boże.
- Coś ty zrobił.
- Pokłóciliśmy się.
- To ona przyjeżdża tyle mil do ciebie.
- Rose, wytłumacz mi jedną rzecz.
- Jaką nie kumaty facecie?
- Skoro mnie kocha, to, dlaczego nie chce ze mną być?
- Wyobraź sobie, że jest na odwrót. Ona ma męża, i dzieci. Kochacie się... Chciałbyś spieprzyć czyjeś małżeństwo?- Zapytała poirytowana- Doprawdy myślałam, że jesteś bardziej kumaty.
- Trzeba jej szukać.
- Doprawdy, ubiera się, bo zaraz cię wywalę na ten dwór w piżamie- warknęła, po czym podeszła do okna.
- Świetnie wszystko jest moją winą- syknąłem.
- Michael, Angie pomaga mi przejść ten ciężki okres mego życia. Może przeżyję. Teraz wiem, ze życie jest piękne. Dzięki niej.. Nie chce jej stracić- powiedziała załamanym głosem, a po jej policzkach pociekły łzy.
- Ja też.
- Jeśli jej coś się stanie zabije się.
- Nie mów tak, ja to zrobię...
Szybko się ubrałem. W czarne dżinsy, adidasy, oraz czarną kluzę z kapturem, by nikt mnie nie poznał.
- Chodź- wyszliśmy na korytarz wpadając na Elizabeth.
- Gdzie Angie.
- Nie wiem... Zaginęła- odparłem.
- Jak to, przecież miałeś z nią być.
- No wiem, ale..
- Mike my ci o tym nie wspominaliśmy, ale gdy ciebie ostatnio nie było... Angie.. Ona próbowała się zabić- rzuciła niepewnie Rose. Wstrzymałem oddech.
- Musimy sie rozdzielić, przeszukać każdy zakamarek.
- Nie znamy Berlina.
- No wiem, ale nie zostawię jej. Liz razem z Tiff oddzwońcie szpitale, Mac niech próbuje się do niej dodzwonić, a ja i Rose idziemy jej szukać.
- A ja?- Na korytarzu pojawił się Wayne.
- Pojeździj po mieście może ją spotkasz, my przeszukamy park i inne typu rzeczy.
- Okej
***
Szukaliśmy już Angie 7 godzinę. Nigdzie jej nie było. Ani w mieście, ani w parku, a w szpitalach też nie.. Nikogo nie znaleziono. Usiadłem na ławce w parku, po czym schowałem twarz w dłoniach.
- Mike, co jest- rose dotknęła moje ramienia.
- To moja wina.
- Nie prawda.
-, Po co przeczysz, sama mówiłaś, że to moja wina- rzuciłem.
- Ale teraz wiem, ze się myliłam. Ty naprawdę ją kochasz.
-  Gdy odnajdziemy Angie wszystko jej wytłumaczę, i wniosę sprawę o rozwód. Nie pozwolę jej odejść.
- Mam nadzieję, że sie jej też oświadczysz, chce być na waszym ślubie- zaśmiałem się.- Albo chciałabym być matką chrzestną.
- Jeśli kiedyś będzie taka możliwość, to mi pasuje.
- Chodźmy stąd ludzie cię rozpoznają..
Wstałem i razem z Rose skierowaliśmy się w stronę samochodu, gdy się zatrzymałem. Jak mogłem o tym prędzej nie pomyśleć?
- Mike, co jest?
- Ludzie.
- No zaraz cię rozpoznają.
- No właśnie, pokażę im zdjęcie Angie może ją rozpoznają- odparłem, a Rose popatrzyła na mnie jak na świra.
- Ta a jutro w każdej gazecie będzie nagłówek " Michael Jackson pytał ludzi, czy nie widzieli niejakiej Angie. Czy to kolejna kochanka Jacksona?
- Trudno- wyciągnąłem portfel i podałem jej jedno zdjęcie.
- Masz jej dwa zdjęcia  w portfelu?- Zapytała z uśmiechem.
- Nie uśmiechaj się głupio tylko do roboty..
****

Nie. Nie przykro mi? Skądś kojarzę tą twarz? Nie, nie widziałem/ nie widziałam jej wczoraj. Takie odpowiedzi padały z ust prawie każdego przechodnia. Byłem załamany minął prawie cały dzień, od kiedy ostatni raz widziałem Angie. Co jeśli już nigdy jej nie zobaczę?
Nie chciałem dać tego po sobie poznać, ale bałem się coraz bardziej. Traciłem nadzieję, z minuty na minutę. Iskierka nadziei gasła, oddaliłem się trochę od Rose, i popatrzyłem w niebo.
" Boże czy będzie mi jeszcze dane ją spotkać? Będę mógł usłyszeć ten głos, śmiech. Widzieć te oczy, uśmiech...
Czy będę mógł kiedyś wziąć ją w ramiona pocałować i powiedzieć, "kocham cię i nigdy mnie nie opuszczaj. Jesteś tylko moja. Na wieki' Dam mi tą szansę. Proszę"
Zobaczyłem starszą panią z pieskiem. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale coś kazało mi do niej podejść. Wiedziałem, że jeśli znów usłyszę.
" Nie przykro mi." Załamię się. Nie podniosę się, jednak wolałem zaryzykować.
- Przepraszam Panią- starsza kobieta spojrzała na mnie i chyba mnie nie rozpoznała, bo patrzyła na mnie z przestrachem.
- Stało się coś?
- Czy widziała Pani tę dziewczynę?- Zapytałem drżącym głosem, podając jej zdjęcie.
- tak wczoraj.
Boże dzięki ci.
- Gdzie?
- Karetka ją zabierała, z pod jednego z hoteli. Podobno jakiś pijany kretyn ją przejechał.,
" Matko Boska. Okej tego to się nie spodziewałem"
- dziękuje Pani. Dziękuje.
- To twoja dziewczyna.
- Na razie nie, ale chciałbym by nią była.
- To dam ci radę. Powiedz wszystko otwarcie, niczego nie ukrywaj. Powiedz to, co leży ci na serduszku, a i nie zapominaj o róży.
Zaśmiałem się, po czym rzuciłam.
- Wie Pani, spod jakiego hotelu.. Gdzie był ten wypadek?
- Karetka przyjechała po nią, wczoraj o 20: 20, i to było hotelu... " Adlon".
- dziękuje, dziękuje. Do widzenia.
- Do widzenia- krzyknęła z uśmiechem.
- Idziemy- złapałem Rose za rękę.
- Dokąd?
- Podobno, wczoraj koło naszego hotelu, jakiś pijany kierowca potrącił Angie- zakryła dłonią usta.- Przeszukamy szpitale.
- Ale Liz i mama.
- Angie nie wzięła ze sobą dokumentów, ona nigdy ich lubi brać ze sobą, a potem tak się dzieje, czekaj- wyjąłem telefon. Włączyłem go, i wyszukiwałem, numeru do Liz, gdy doszła wiadomość, że mam jedno nieodebrane połączenie. Zamarłem słysząc głos Angie.
-- Michael naprawdę nie chciałam tego powiedzieć, jestem idiotką, świnią, debilką.. Kocham cię wariacie. Jesteś dla mnie cenniejszy niż całe moje życie. Nie zapominaj. Proszę nie znienadzidź mnie. Proszę....- Mówiąc to szlochała, chciała coś dodać, lecz wtedy usłyszałem jakieś piski, po czym jakiś trzask i połączenie zostało przerwane. Do oczu napłynęły mi łzy. Rose widząc, w jakim jestem stanie wzięła mi telefon i wybrała numer do Liz. Powiedziała jej o wszystkim i o tym, ze jedziemy do szpitali, pokazać zdjęcie, czy może nigdzie nie widziano, Angie. Po czym oddała mi telefon i spytała spokojnym głosem.
- dasz radę prowadzić.
- dam.
***
- Cholera jasna to już 6 szpital!
- Mike nie denerwuj się.
- Jak mam sie do cholery nie denerwować...
- Przepraszam- odwróciliśmy się i zobaczyliśmy jakaś pielęgniarkę.
- Ta pani była tutaj, ale została przeniesiona, mieliśmy zamało miejsc.
- Co z nią.
- Nie wiem, oto adres- podała nam kartkę z adresem i wróciła do szpitala.
- jedziemy- wsiedliśmy do samochodu. Starałem się udawać, ze wszystko było w porządku, ale to była brednia. Co chwila naciskałem pedał gazu by przyśpieszyć.
- Michael zaraz nas wsadzą za kraty, albo spowodujesz wypadek...- Nie reagowałem, patrzyłem na drogę- Mówię do ciebie, ona potrzebuję cię przy sobie nie za kratkami lub w trumnie- zwolniłem.- Wszystko sie ułoży.
Nie odpowiedziałem. Przestałem wierzyć w te bajeczki, dopiero, gdy sie okaże, że Angie nic nie grozi, to przyznam jej rację.

Dojechaliśmy do szpitala, zaparkowałem samochód, po czym z Rose podbiegliśmy do rejestracji.
- Dzień dobry.
- Czy została tutaj przywieziona ta dziewczyna- podałem jej zdjęcie Angie.
- Tak..
- Muszę sie z nią zobaczyć.
- Pan Michael.
- tak.
- Mówiła o panu- uśmiech wpełzł na moje usta.
- Co z nią.
- Lekarze ciągle badają, proszę za mną..
- Mogę iść do niej,
- No dobrze, ale zawołam lekarza..
- sala nr 28- pokiwałem głową.

Gdy znaleźliśmy tą salę popatrzyłem przez szybę. Miała zamknięte oczy, a na ustach miała maskę tlenową.
- Idź do niej, zadzwonię do mamy i je uspokoję- pokiwałem głową, po czym weszłam do środka. Usiadłem obok niej na krzesełku i wziąłem jej dłoń, po czym ją delikatnie pocałowałem.
- Już dobrze.. Jestem przy tobie.. Nic ci nie grozi- pogłaskałem kciukiem jej dłoń. Angie pomrugała oczami, po czym odwróciła głowę i na mnie spojrzała. Chciała ściągnąć maskę, lecz jej nie pozwoliłem- Musisz ją mieć.
- Jesteś.
- Jestem.
- Myślałam, ze mnie nienawidzisz.
- Nie jest tak łatwo się mnie pozbyć- zaśmiałem się. Angie uśmiechnęła się krzywo.
- Nie mam zamiaru.
- Kocham cię ty wredna..
- wredna...
- myszko- Angie zarumieniła się.
- Mój miś.
- Tylko twój...
- Nie do końca- odwróciła głową, lecz widziałem łzę, która spływała po jej policzku.
- Już nie długo.
- Co?
- Teraz mam kilka spraw, ale po powrocie, wnoszę pozew o rozwód.
- Ale co z Riley i Benem?
- Jakoś im to wytłumaczę... Nadal chcesz wyjechać?
- Nom.. Tam jest moja kuzynka, do tego Natalie przedstawi nam swojego faceta.
- Ale będziesz się odzywać.
- No raczej, a co myślałeś- zaśmiała się. Lecz nagle pobladała.
- Angie myszko, co się dzieje..
Zrobiła się strasznie blada, a uścisk jej dłoni znikł. 
- Angie..
Jej klata nie unosiła, się, a jej usta zrobiły się sine. Nie czekałem dłużej, zerwałem się z miejsca i wybiegłem na korytarz.
- O szukałem pana- rzucił lekarz.,
- Panie doktorze, ona nie oddycha.
- Co- wszedł do sali, przyłożył dwa palce do jej szyi.
- Cholera..
- Co jej jest?
- Proszę wyjdź- zostałem wyproszony na korytarz, podbiegłą do mnie Rose.
- co jest?
- Ona.. Ona nie oddycha.. 
- Co?
- Rozmawialiśmy, gdy nagle pobladła i przestala oddychać..- Przestałem mówić, bo zobaczyłem lekarza, podbiegłem do niego- Co z nią.
- Doszło do krwotoku wewnętrznego, musimy ją operować.
- Ale przeżyje.
- Panie Jackson, każda operacja wiąże się z ryzykiem. Nie mogę obiecać, że wszystko będzie dobrze..To będzie skomplikowana operacja.. Przepraszam musze iść.

Z sali wywieźli Angie podbiegłem do niej, po czym wyszeptałem.
- Czekam tu na ciebie. Masz żyć! Kocham cię Angie- pocałowałem ją w usta, po czym pielęgniarki ją zabrały.
****
Nie wiem ile trwała operacja, ale zaczęło mi odwalać. Wszyscy czekaliśmy na wieści o stanie zdrowia Angie. W końcu zobaczyłem lekarza, zerwałem się i do niego podbiegłem. Najgorsze było to, że jego twarz nie wyrażała, żadnych uczuć.
- Co z nią?

Lekarz popatrzył na mnie, po czym odparł...
Ciąg dalszy nastąpi...


"Jeżeli ktoś nie kocha cię tak jakbyś tego chciał, nie oznacza to, że nie kocha cię on z całego serca i ponad siły"



Szczerze jakbym miał ją oceniać dałbnym 2/10.
Jest fatalna, do tego dziwna, jest pełno błędów, ale nienajlepiej się dziś czuje. 
Zdrowie a raczej jego brak znów daje o sobie znać.
No dobra nie znaudzam i pozdrawiam. Mike

poniedziałek, 4 maja 2015

Don't Walk Away 7


Hej! Jestem załamany po spotkaniu z ciocią po pierwsze co zrobiła to
potarmosiła mnie po policzku i powiedziała" Jak tyś wyrósł słońce". Przy wszystkim była moja dziewczyna. Spaliłem buraka, no, ale taką mam rodzinę. Nie zanudzam i zapraszam na kolejną część Don't Walk Away:)
P.S Do notki daje ukochaną piosenkę mojej dziewczyny, chociaż w ogóle nie pasuje no może, do końcówki.



             -------------------------------------------------------------------------------------------
"Przy­jaźń jest niewątpli­wie naj­sku­teczniej­szym le­kiem na cier­pienia za­wie­dzo­nej miłości."

- Nibylandia się wita- rzuciłam wesoło. Spojrzałam na Michaela, który zachichotał. Maddy zaś miała szeroko otwarte usta, i co chwila dało się usłyszeć. " Wow".
- Może zwiedzimy Nibylandię a nie tak będziemy stali?- Zaproponował Mike. Maddy pokiwała głową, Nie byłam zaskoczona, że mała tak zareagowała. To miejsce z dnia na dzień jest piękniejsze.
" Tak jak jego właściciel"- zerknęłam na Michael i zaśmiałam się pod nosem. Mówi się, że na złamane serce dobra jest nowa miłość. Albo, że przyjaźń damsko- męska nie istnieje, ja i Mike jesteśmy najlepszym dowodem, że to tylko gadanie. I przyjaźń damsko-męska naprawdę jest.
- Rose- ocknęłam się i spojrzałam na uśmiechniętego Michaela- Wiem, że podobam sie dziewczyną, ale nie musisz, się tak na mnie gapić.
Spuściłam głowę, czując jak sie rumienię.
- Nie gapiłam.
- Ta jasne- miałam ochotę mu przywalić w łeb. Założyłam jednak ręce na klatce piersiowej i grzecznie za nimi powędrowałam. " Wcale nie jest przystojny".
Usłyszałam w głowie cichy śmiech. " Owszem, jest".
- Wujek- do Michaela podbiegł mały chłopiec, po czym rzucił mu się na szyję. No dobra aż taki mały nie był.- Wujku, kto to?- Zapytał nieśmiało wskazując na Maddy.
- To słodka księżniczka.
- Moja księżniczka. Jestem Taj- mruknął uśmiechając się szeroko. Przewróciłam oczami. Czy nawet on musi flirtować? „ Wujek go nauczył". Michael spojrzał na mnie, po czym wyszeptał coś po cichu do Taja. Ten pokiwał głową, złapał Maddy za rękę i wbiegli do domu. Następnie Michael podszedł do mnie z uśmiechem.
- Co taka nadąsana jesteś.
- Nie jestem nadąsana.
- Rose, o co chodzi?- Zapytał skołowany.
- Musiałeś mi dogadać przy małej.
- Jezu.. Rose nie trzeba było myśleć o niebieskich obłokach.
- Następnym razem to zapamiętam- mruknęłam.
- Rose, o co znów ci chodzi? Obrażasz się o byle, co.
- No i dobrze. Mam zły humor. Już w samochodzie zacząłeś. Zachowujesz się jak..- Nie dokończyłam. Nie miałam ochoty się z nim kłócić.
- No, jak kto?- Zapytał zirytowany.
- Nie ważne. Nie chce sie kłócić.
- sama zaczęłaś,
- Przecież wiem- warknęłam, po czym przysiadłam na schodkach. Michael usiadł obok mnie i wyszeptał:
- Hej Różyczko, co sie dzieje? - Spojrzałam na niego i wzruszyłam ramionami.
- Po prostu jestem na maxa wkurzona- odparłam.- Przepraszam. 
- Nie przepraszaj. Jesteś doprawdy przesłodka, gdy się denerwujesz, ale wolę jak sie uśmiechasz- zaśmiałam się.- Chodź do dzieciaków.
- Okej.. A co u ciebie i Brooke?
- Nic. Co ma być?
- Myślałam.
- Skończyłem z nią raz na zawsze.
- Oh... I Jak Maddy podoba ci się?- Zapytałam, gdy zobaczyłam Maddy, z Tajem w kuchni.
- Fajnie, idziemy sie bawić?- Zapytała.
- To zależy od tego pana- brodą wskazałam na Michaela.
- Ty nie zasłużyłaś.
- No wiesz ty, co.
- No, co?- Uśmiechnął się. Zaczęłam go gilgotać, lecz Obią mnie przycisnął mi ręce do pasa, tak, ze nie umiałam nimi ruszyć.
- I co teraz?- Zapytał z drwiącym uśmiechem.
- Będę płakać. Zabroniłeś mi się bawić.
- Nie jesteś za duża.
- Powiedział stary dziadek.
- Ja starym dziadkiem? 
- Nie ten obok- przeniosłam wzrok na dzieci, które dusiły się ze śmiechu. - Dobra idziemy.
- To ja będę decydował, kiedy pójdziemy.
- I kto się obraża.
- Nazwałaś mnie starym dziadkiem.
Przybliżyłam twarz do jego ucha i wyszeptałam:
- Wyjątkowo przystojnym-, po czym pocałowałam go w policzek. Michael mnie puścił, i oparł się szafkę- Odpłaciłam swoje grzechy.
- Nie do końca.
- Matko, Maddy powiedz mu coś, bo nie mam siły- usiadłam na kanapie.
- Choć my się bawić.
- Tak chodźmy.
****
Kara na to, że nie mogłam się bawić na prawdę obowiązywała. Michael tego dopiłował. Powiedział, że dopóki go nie przeproszę to będę musiała siedzieć sama. A ani mi się śni go przepraszać. Co tam pójdę do Wesołego Miasteczka, i sie wybawię.
" Ale tam nie ma Piotrusia"
" Piotrusia, który zdążył zadziałać mi na nerwy"


- Co nadal się obrażamy?- Usłyszałam jego melodyjny głos.
Odwróciłam głowę i mruknęłam:
- Tak, bo jesteś wyjątkowo irytującym właścicielem.
- Ale nie jestem obrażalski.
- Jesteś arogancki. Zachowujesz się jak świnia, a ja na takie zachowanie ci nie pozwolę.
- Tak a co zrobisz.
- Nie wiem, musze przemyśleć wszystkie możliwości.
- Będziesz mieć trochę mało czasu- zachichotał. Spojrzałam na niego zaskoczona. Wziął mnie na ręce, po czym skierował się w stronę basenu. Zaczęłam sie drzeć, i kopać, ale nic sobie z tego nie robił. I wylądowałam w basenie.
- Jesteś martwy!- Krzyknęłam odgarniając włosy z twarzy.
- Bardzo się boje.
- Podejdź no tu- oparłam się o brzeg- No chodź. Nie gryzę.
- tego nie byłbym pewny.
- Jesteś tchórzem.
- Nie po prostu.. Idę do dzieci- zachichotał. Miał iść w kierunku dzieci, jednak zadzwonił do niego telefon i poszedł gdzie indziej. Ja w tym czasie, pokazałam dzieciom, żeby podbiegły.
- Co jest Rose.
- Lubice słodka zemstę?
- Uwielbiam!- Krzyknął Taj.
- Ja też!!!
- Zrobicie tak- przybliżyłam się i wyszeptałam_ Maddy poprosi Michaela, by wszedł na tą trampolinę i pokazał jak to jest wysoko. Ty taj w tym czasie tam wejdziesz i popchniesz go do wody okej?
- Nic mu nie będzie?- Zapytała Maddy.
- A co mnie to obchodzi? Mnie umiał wrzucić.
- No to tego nie robie.
- Nic mu nie będzie- powiedziałam.
- Naprawdę.
- tak, idzie.. Idźcie, ale nie mówcie nic o mnie- dzieci pokiwały głową, i pobiegły. Michael spojrzał na mnie, na co mu pomachałam.
" Zemsta jest taka słodka"- pomyślałam. Po 10 minutach Maddy, podeszła do Michaela. Nie chciała podejść szybciej by sie niczego nie domyślił. Michael chwilę się zastanawiał, po czym pokiwał głową.
" No dalej Jackson. Czekam"


Uśmiechnęłam się pod nosem, lecz ugryzłam się w język by nie wybuchnąć śmiechem. Michael wszedł na trampolinę. Popatrzył na mnie, na co mu pomachałam. On zaczął sie wydurniać, i nie zauważył Taja, stojącego za nim z uśmiechem. Powoli do niego podszedł, po czym lekko popchnął Michaela.
Ten zachwiał się i wpadł do wody, a ja wybuchłam śmiechem. Michael sie wynurzył i mruknął:
- To twoja sprawka.
- Nie.
- Jak ja cię złapie- Wygramoliłam się z wody, i zaczęłam biec, lecz nie miałam z nim szans, i po chwili mnie złapał.
- Zemsta jest słodka!- Krzyknęłam dusząc się ze śmiechu.
- Doprawdy- zaczął mnie łaskotać. Śmiałam się jak wariatka, lecz w końcu udało mi się uciec.
- Zemszczę się.
- Czekam- rzuciłam z uśmiechem. 
***
Siedziałam na ławce wyciągając nos do słońca by się trochę ogrzać, i by ubrania mi wyschły. Gdy nagle ktoś zasłonił mi słońce. Otworzyłam oczy, i zobaczyłam Michaela z uśmiechem. Poprawka. Michaela ubranego w biały szlafrok z chytrym uśmiechem.
- Królu zasłaniasz mi słońce.
- To ty ich napuściłaś.
- Nie. Jak możesz mnie oskarżać?- Zapytałam.
- Bo chciałaś się zemścić. Wszystkie dowody wskazują na ciebie- odparł.
- Mądrala w białym szlafroku, przesuń się, bo chce się popalać. Owszem jesteś gorący, ale nie mam zamiaru przelecieć cię na trawniku- dopiero po sekundzie dotarło do mnie, co wypłynęło z moich ust- To znaczy.
- Michael zaczął się śmiać jak wariat, po czym poruszał zabawnie brwiami.
- Nie wiedziałem, że aż tak cię kusze.
- Nie wiedziałam, ze aż tak zadziałasz mi na nerwy.
- Michael chodź- popatrzyłam przed siebie i zobaczyłam Maddy z Tajem. Rzecz jasna oni też postanowili się schłodzić tego ciepłego dnia.- Ty Rose też.
Wstałam i wyminęłam Michaela, lecz on złapał mnie za ramię.
- Bez numerów Adams mam cie na oku.
- Mam z tego powodu płakać czy skakać z radości.

Jak się okazało Taj nam chce pokazać swoje skoki do wody. Szczerze ja za bardzo bym się bała. Skakał z tej trampoliny jak zawodowiec. A my z Michaelem klaskaliśmy.
- Michael teraz twoja kolej- mruknął.
- Nie podziękuje.
- Królu pokaz, co potrafisz.
- Uwierz, ze nie chcesz bym pokazał, co potrafię.
- Czy ty coś sugerujesz.
Wzruszył ramionami i pokręcił głową:
- Nie.
Obserwowałam dokładnie Taja, który skradał się za plecami Michaela. Nie wiedziałam, czy mu powiedzieć czy nie. Biorąc pod uwagę jak zadziałał mi dziś na nerwy?

E tam to nie moja sprawa. Nagle wyskoczył koło niego Taj, a ten zaskoczony nie wiedział, co robić. Taj pomyślał za niego. Po raz drugi dnia dzisiejszego Michael Jackson skończył w basenie.
- Rose zrób coś- rzucił.
- Bravo Taj- przybiłam mu piątkę. Michael spojrzał na mnie oburzony a ja mu pokazałam język. Przybliżyłam się do brzegu, uklęknęłam i wyszeptałam:
- zemsta zawsze była słodka, królu.
- Przekonajmy się- pociągnął mnie za sobą. Z pluskiem wpadłam do wody. Szok spowodowany zimną wodą ( dość długo siedziałam na słońce, a tu nagle takie coś) ścisnął mi płuca wybijając z nich powietrze. Udało mi sie na chwile wynurzyć, a potem znów poszłam pod wodę, nie byłam w stanie utrzymać się na powierzchni. Myślałam, ze to koniec, gdy zobaczyłam Michaela. Podpłynął szybko do mnie, chwycił za rękę i zaczął wyciągać na powierzchnię Wypłynęliśmy, zakrztusiłam się wodą, i zaczęłam kaszleć. Michael posadził mnie na brzegu basenu. Oparł się obok mnie i wciąż ciężko oddychał. Wypuściłam powietrze, i położyłam się. Michael nim się obejrzałam klęczał nade mną. Był przerażony nie miej niż ja.
- Różyczko wszystko w porządku.
- Już tak- wyszeptałam, lecz wciąż było trudno mi złapać powietrze.
- Rose- podbiegły do nas dzieciaki- Nic ci nie jest.
- Nie w porządku- uśmiechnęłam się słabo.
- Chyba jak na dziś koniec zabawy z wodą- mruknął Mike.
- Zgadzam sie w 100%- uśmiechnęłam się do niego. - Dzięki za uratowanie życia.
Michael uśmiechnął się krzywo i rzucił.
- Nie ma, za co...
****
Dostałam ubrania na przebranie. Szybko się w nie przebrałam, po czym wysuszyłam włosy. Dzieciaki poszły na górę się przebrać, Michael też.

Siedziałam w salonie z szklanką herbaty, gdy nagle przed oczami mignął mi Michael.
Uklęknął przede mną i wyszeptał:
- na pewno wszystko w porządku. Martwię się o ciebie- odgarnął mi włosy z twarzy, po czym włożył je za uszy.
- W jak najlepszym.
- Naraziłem twoje życie. Przepraszam.
- Opłacało się. Sam Michael Jackson mnie uratował.
- A najpierw podtopił.
- Oj nie marudź. Dziękuje.
- za co?
- za cudowny dzień.
- To jeszcze nie koniec.
- Cos zaś wymyślił?
- Pójdziemy an Brummer cars, potem do zoo, a potem do kina hymn?
- To bezpieczniejsze- uśmiechnęłam się.

Michael pokiwał głową, po czym zerknął na moje usta. Zaczął się niebezpiecznie zbliżać. Widząc to przełknęłam ślinę.
Popatrzyłam na jego usta, a potem przeniosłam wzrok na jego oczy. Patrzące teraz tak intensywnie na mnie. Nie były roześmiane, kryły się w nich uczucia, które nie umiałam odgadnąć.
- Przeszkadzamy?- Odskoczyliśmy od siebie słysząc wesołe głosiki dzieci.
- Nie, to jak idziemy?- Rzucił Michael szybko oddychając. Zerknął na mnie, i przygryzł wargę. Ta bliskość, źle na nas zadziała.
- Dobra zróbcie ten " całus" i idziemy.
- Co jaki całus?- Zapytałam.
- No wiesz Rose CMOK-CMOK- zachichotał Taj. Spuściłam głowę czując, ze się rumienię.- No dalej. Michael przybliżył sie do mnie, popatrzył na usta, lecz pocałował mnie w policzek.
" Dzięki ci Boże. Nie chce faceta. Chce przyjaciela. Nie chce znów cierpieć".
- Chodźmy na Brummer Cars- rzucił wesoło Mike.
- Tak chodźmy na Brummer Cars- wyszeptałam wciąż oszołomiona bliskością, jaką miałam z Michaelem. Jak dla mnie był za blisko..
***
Po kilku godzinach incydent z salonu, ze mną i Michaelem w rolach głównych odszedł w niepamięć. Byliśmy za bardzo pochłonięci zabawą, by o tym myśleć. Na każdej karuzeli pojeździliśmy z trzy razy. A teraz, gdy trochę sie uspokoiliśmy szliśmy w kierunku Zoo.  Taj i Maddy za rączki, uśmiechając się do siebie, a ja z Michaelem z tyłu przyglądając się im uważnie.
- Chyba się zakochali- wyznałam, na co Mike pokiwał głową i uśmiechnął się- Co?
- To takie urocze.
- No wiem, czekaj- zatrzymałam go- patrz- Taj zerwał kwiatka dla Maddy, po czym, pocałował ją w policzek, a ona nie była mu dłużna.- Oh to urocze.
- Przesłodkie- zaśmiał się Mike. Nieoczekiwanie wziął mnie na ręce i okręcił w koło, skończyło się to na tym, że wylądowaliśmy na ziemi. Ja na Michaelu. Ale oczywiście, przeturlał się i to ja musiałam być na dole.
- Co cie tak nagle wzięło?- Zapytałam z uśmiechem.
- Cieszę sie, że jesteś obok.
- Nie rozumiem.
- Cieszę sie, że jesteś moją przyjaciółką. Możemy rozmawiać o wszystkim. Wielu ludzi, mówi, że mnie uwielbia, i chwalą sie, że jesteśmy przyjaciółmi a chodzi..
- o pieniądze- wtrąciłam. Spuścił głowę. Podniosłam ją, po czym pocałowałam go w nos.- Nie smutaj się.
- Dlaczego.
- Lubię twój uśmiech.
Uśmiechnął się szeroko, po czym przygryzł warge.
- Nie podrywaj kumpla.
- Dobrze kumplu- zaczęłam się śmiać, lecz uspokoiłam się, gdy usłyszałam pisk Małej. Jak sie okazało, tamta dwójka nas powtarzali dokładnie to, co my.
- Powtarzają nas. Fajnie, co nie.
- Lepiej dla nich, żeby nas nie powtarzali- Michael pokiwał głową, po czym zerwał się na równe nogi, i wstał.
- Masz rację. Dobra dzieciaki, idziemy do Zoo.
*****
W Zoo bawiliśmy się cudownie. Co chwila się śmialiśmy, chociaż nawet nie wiem, z czego. Pokochałam Bubblesa, był cudowny. Miałam go na rękach i podarowałam mu buziaczka, w główkę, na co Michael się obraził. Bo on też by chciał dostać. Normalnie jak z dzieckiem.
- Pójdziemy do kina?- Zapytał z nadzieją Taj.
- Pooglądamy kreskówki- powiedziała wesoło Maddy.
- Okej.
- Słyszałaś- pocałował małą w policzek.
- Taj, co tak całujesz Maddy?- Zapytał Michael podchodząc do nich.

- To moja dziewczyna- pochwalił się, a ja zrobiłam głośne " Ohh" z Michaelem.
- Jakie to słodkie Mickey- zaczęłam piszczeć.
- No przecież wiem.
- Weźmiemy ślub- dodała Maddy- Bardzo sie kochamy.
- Jakie to słodkie, boże- mruknęłam, po czym wtuliłam się w Michaela.
- Chodźmy- złapali sie za rączki i udali do kina.
- Różyczko, coś czuje, że zrobimy im ślub, co?- Pokiwałam głową i się zaśmiałam.
Gdy byliśmy w kinie usiadłam w ostatnim rzędzie, dzieciaki poszły zaś do przodu. Michael włączył film, po czym usiadł obok.
Był jeden problem. Ja i Michael nie umieliśmy zachować sie w kinie, co chwila się śmialiśmy, rzucaliśmy w siebie popcornem.
- Cicho!- Upomniał nas Taj.
- Dobra.. Dobra nie nerwuj się tak- rzucił Michael chichocząc pod nosem.
- Gorzej niż z dziećmi- dodała Maddy.
- By duże dzieci jesteśmy- mruknęłam.
- Im starsze tym głupsze.
Spojrzeliśmy na siebie z Michaelem, po czym rzuciliśmy równocześnie.
- Nie prawda!
***
Po 17- nastu upomnieniach, uspokoiliśmy się nieco i zaczęliśmy mówić do siebie używając wszystkich chwytów retorycznych ze słownika sarkazmu, dzieci miały dość. I postanowiły się do nas nie odzywać.
- Nie lubią nas- wyszeptałam mu na ucho.
- My ich też nie lubimy.
- Mów za siebie ja ich kocham
- A ja uwielbiam.
- A mnie lubisz.
- Biorąc pod uwagę ile razy dałaś mi w łeb+ w mordkę do tego to jak mi dogadywałaś.
- Matko
- To...
- Hę?
- Uwielbiam cię, jesteś moją różyczką.
- No właśnie, czemu różyczką.
- Bo jesteś piękna jak róża. Olśniewasz swoją pięknością, lecz kujesz, gdy ktoś chce cię zranić. Bronisz się tak jak róża przed zerwaniem- poczułam jak w oczach zbierają mi się łzy.
- Róża kuje, ale olśniewa każdego, kto ją zobaczy. I cieszę się, że ja zerwałem taką różyczkę- pogłaskał mnie po policzku.
- Cieszę sie, ze ty mnie zerwałeś.
- hej a wy, dokąd?- Zapytał Mike. Dzieci wchodziły po schodach i nawet do nas się nie odezwały. - Chodźmy.

Wróciliśmy do domu. Przeprosiliśmy dzieciaki, po czym udaliśmy się do kuchni by zrobić im kolację. Robiliśmy kanapki sercem nie odzywając się do siebie. Michael coś nucił pod nosem, a ja zerkanałam na niego od czasu do czasu. Zaniosłam kanapki dzieciakom, po czym wróciłam do kuchni. Wzięłam do ręki kubek z herbatą, kiedy odezwał się Michael.

- Powinnyśmy zostać swatkami. Popatrz połączyliśmy dwójkę słodkich dzieci.
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową.
- Nibylandia łączy ludzi.
- To chyba dobrze- oparł się o blat, z kubkiem herbaty w ręce. Wyglądał świetnie. Trzy guziczki rozpięte przy szyi jego koszuli, loczki opadające na ramiona i uśmiech, który potrafi zauroczyć każdą dziewczynę.- Co mi się tak przyglądasz.
- A podziwiam, jakiego mam przystojnego kumpla- Michael zawstydził sie i spuścił głowę.
- jak przystojnego?- Zapytał po chwili i znów na mnie spojrzał.
- A to jest sekret. Idę zobaczyć czy zjadły- odparałam. Michael lustrował mnie wzrokiem uśmiechając się przy okazji. Zapomniałam wspomnieć, że w końcu zostajemy na noc, u niego. Gdy weszłam dzieciaki ziewały.
- Komuś sie oczka kleją.
- I to nie jesteś ty- koło mnie pojawił się Michael- Idziemy lulu?
- Tak, ale chcemy mieć jeden pokój- odparł Taj. Michael zerknął na mnie, po czym wzruszył ramionami.
- Niech będzie. To ja wam idę pościelić, a Rose przypilnuje byście się wykąpali i umyli ząbki, co?
- To najłatwiejsze zostawiasz dla siebie, co.
- Nom.
***
- Nawet nie wiesz jak trudno było wybić im z głowy wspólną kąpiel- odparłam wchodząc do salonu. Michael siedział na kanapie z uśmiechem- W końcu po 20 minutach się zgodzili. Jeszcze tego brakuje, by wzięli tą kąpiel..
- śpią?
- tak, umyli ząbki, a potem nie umieli zasnąć no musiałam im przeczytać bajeczkę.
Michael zarechotał i rzucił.
- Chciałbym to widzieć.
- Czemu się czuje.. Z resztą nie ważne.
- jak?
- Jakbyśmy byli małżeństwem, a te małe skarby..
- To samo czuję.
- Chociaż gdyby byli rodzeństwem nie byli by parą.
- I było by łatwiej- wstał i podszedł do mnie. - I co będziemy teraz robić.
- A co chcesz robić.
- jest wiele możliwości.
- Boje się je poznać.
- Czemu.
- Tobie różne rzeczy przychodzą do głowy.
- Tym razem to jest tylko taniec. Już ostatnio obiecałaś mi, ze razem zatańczymy.
- Ale teraz?
- Teraz- podszedł do odtwarzacza.
- Ale dzieci ledwo, co zasnęły- Michael podszedł do mnie ujął moją rękę i wyszeptał:
- No to musisz być cicho.
- nadepnę ci na nogę.
- Dziewczyno nie zaczynaj
- Mike nie umiem tańczyć- wyszeptałam mu do ucha.

- zamknij oczy i daj się ponieś muzyce- szepnął.
- Jestem samobójcą.
- No cóż.
- nigdy więcej z tobą nie tańczę.
- Niby, dlaczego?
- Bo jesteś mistrzem, a ja?
- Mistrzynią- odparł i mnie okręcił. Zaśmiałam się i rzuciłam:
- Nawet nie jest źle.
- Bo tańczysz ze mną.
- Na serio nadepnę ci na nogę.
- Nie psuj chwili.
- Nie psuje.
- Ja psuje- zaśmiałam się.
- Przepraszam.
- Za co?- Zapytałam zaskoczona.
- Za to, no wiesz, że o mało cię nie pocałowałem. Top był impuls, chce byśmy byli przyjaciółmi.
- Mam tak samo. Nie szukam na razie faceta.
- No i dobrze.
- Zabiłbyś go, co?
- Wcale, że nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Koniec kłótni.
- No właśnie.
- To był magiczny dzień.
Michael przechylił mnie i wyszeptał;

- Magiczny, bo jest przy mnie magiczna dziewczyna....






Przepraszam, że dodaję dopiero teraz, ale " goście mamy byli aż do wczoraj, a mnie po raz kolejny złapała jakaś grypa, i siedzę pod kołdrą z laptopem na kolanach. Mam do was pytano wolicie, żebym dodał dzis The Most Beautiful Girl In The World, ale krótką, czy żeby ją dopracować, a dziś wrzucić You Rock My World? Wybór nalezy do was. Przepraszam, że ostatnio nie skomentowałem notek. Mam dziś cały dzień więc biorę się do komentowania:)

Przepraszam, za błędy i tą fatalną notkę.
Pozdrawiam~

czwartek, 30 kwietnia 2015

12. I Love You, Liberian Girl

No i jest kolejna notka z Liberian Girl. Dziś torchę dziwna notka, no, ale cóż. Już tak mam. Przepraszam za wszystkie błędy.
P.S Dziś powinna też pojawić sie nowa You Are Not Alone :) Aha i przemyślałem, kilka spraw i jeśli ktoś wejdzie w zakładkę Heaven Is Here, zobaczy, ze wiek Michael zmalał, i wygląda jak w erze Thrllera. Większość rzeczy się nie zmieni, ale będzie lepiej po prostu wtedy. A i mam nadzieję, ze nie będziecie mieli mi za złe, że Michael mieszka w Neverlandzie, szybciej chciaż wprowadził się do niego 1988. No i , ze nie będziecie sie wściekać , za ta różnicę, ale postanowiłem trochę zmiejszyć tą różnicę, wiekową, dlaczego przekonacie się później.


                                               ****************************************
- Że, co proszę?- Zapytała. Przełknąłem głośno ślinę.
- Jak przyjaciółkę... Pokochałem cię jak przyjaciółkę.- Dodałem szybko. Nie powinienem tego mówić. Boże, co ze mnie za palant. Serce zaczęło walić mi jak oszalałe.
- Tylko jak przyjaciółkę?- Zapytała ze smutkiem.
- A mam kochać cię inaczej.
- Nie. Będę się zbierać- mruknęła i poszła a ja odprowadziłem ją wzrokiem, do momentu, kiedy zniknęła mi całkowicie z pola widzenia. Boże jak ja mam się teraz jej na oczy pokazać? No jak? Nie wiem ile czasu minęło, gdy usłyszałem głos Elizabeth.
- Tu jesteś. Wszystko dobrze.
- Ta.. Po prostu przetwarzam sobie jedną rzecz.
- Jaką?
- Być albo nie być, oto pytanie- mruknąłem spuszczając głowę.
- Nie wygaduj mi tu jakimiś Szekspirami, do cholery, co się tu wydarzyło.
- Pocałowałem Angie a potem powiedziałem, że ją kocham, ale po chwili dodałem, że jak przyjaciółkę- wypuściłem powietrze z ust.
- To, dlatego płakała.
- Płakała?- Elizabeth pokiwała głową.- Gdzie jest?
- Pojechała do hotelu- odparła.- Zajmę ich czymś, ale macie wrócić przez 21- dodała.
- Liz, dlaczego to robisz.
 - Bo wiem, że uczucie, jakim ty darzysz ją i jakim ona darzy ciebie zdarza się raz na całe życie. A teraz leć Romeo do swojej Juli- zaśmiała się.
- Tak jest- z uśmiechem pobiegłem w kierunku samochodu, jednak zapomniałem się zapytać, jaki to hotel wtedy dostałem sms-a." Hotel ten sam, w którym ty się zatrzymałeś, pokój nr 304, tylko grzecznie mi tam.
Kocham Liz"

Pokręciłem rozbawiony głową, po czym wypuściłem powietrze z ust. Wiedziałem, że to, co robię rani Angie, ale postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę, a co mi szkodzi. Chociaż jak ona będzie mogła się czuć, z wiedzą, że ją kocham a jestem mężem Lisy. Droga do hotelu nie była długa. Gdy wszedłem do hotelu recepcjonistka uśmiechnęła się do mnie, czym odwzajemniłem tym samym. Wsiadłem do windy i wypuściłem powietrze.
" Okej, powiem jej całą prawdę.... Kocham cie Angie" " Przecież to nie jest takie trudne...Gdzie sie podziałeś irytujący głosie jak cię potrzebuje?"
" Kazałeś mi sie odpierdolić"
" Ale teraz cię potrzebuje i nie marudź, co ja mam zrobić"
" Cokolwiek zrobisz ją zrani"
Tu miał rację, wszystko ją zrani. Dojechałem na 3 piętro. Wzrokiem szukałem numeru drzwi, za którymi jest moja ukochana. Gdy w końcu je znalazłem, Podniosłem rękę by zapukać, lecz spanikowałem. Próbowałem już chyba trzeci raz, gdy znów odezwał się głos mojej podświadomości.
" Nie pukaj właź do środka"
" Ale to nie uprzejme"- powiedziałem.
" Pewnie to stój tu kolejne godziny. Bo zapukać nie umiesz"

Wziąłem jeden wielki wdech, po czym nacisnąłem na klamkę i popchnąłem drzwi. Wszedłem do środka i zamknąłem drzwi. Nie wiedziałem gdzie byłą, do momentu, kiedy usłyszałem jej płacz. Skierowałem się w stronę salonu i tam ją zobaczyłem. Siedziała zapłakana w fotelu przykryta kocem.

- Boże, co mam zrobić?- Wyszeptałem pod nosem.
" Zawsze słuchaj głosu serca"- powtarzała mama.
" Obyś miała rację mamo" Wyszedłem z ukrycia, a Angie popatrzyła na mnie zaskoczona.
- Co ty tu robisz?- Zapytała wycierając policzki. Podszedłem do niej i po prostu ją pocałowałem. Nie jest dobrze tłumić w sobie emocji, czułem słony smak łez, na jej ustach. Na początku zamarła, co trochę mnie przeraziło. Już chciałem się odsunąć, kiedy zaczęła odwzajemniać.

- Michael, co my robimy?
- Nie wiem..
- Nie powinnyśmy.
- Jakbyś zauważyła robimy wiele rzeczy, których nie powinnyśmy robić.
- Haha.
- Kotku czy ta rozmowa nie może poczekać?
- Może- zachichotała. Lecz nagle się oderwała-, Co z Lisą.
- Nie wiem. Nie kocham jej od dawna.
- Ale powiedziałeś, że chcesz z nią dzieci.
- Bo chciałem- westchnąłem- Do momentu, kiedy ty zawitałaś w Neverlandzie.
- Dlaczego?
- Na prawdę tego nie widzisz? Kocham cię,.. Szaleję, na twoim punkcie. Angie powiedz coś- powiedziałem zaniepokojony. Wstała z fotelu i podeszła do okna.- Angie?
- Musze odejść.
- Co jak to odejść?- Spanikowałem, odwróciła się do mnie i szepnęła:
- Michael.. Jesteś mężem Lisy.
- Mogę wziąść rozwód.
- I co powiesz Riley i Benowi?- Spuściełm głowę- Kochasz ich, a one ciebie. Nie mogę tego popsuć.
- Czyli chcesz znów zniknąć?
- To będzie najlepsza decyzja- odparła. Podszedłem do niej, odwróciłem ją i popatrzyłem w oczy.
- Dla kogo? Bo nie dla mnie.. Ani dla ciebie.
- Mike.
- Nic nie mów- przyłożyłem jej palec do ust, nachyliłem się i pocałowałem ją pewnie, westchnęła.- Kochasz mnie?
- Kocham.
-To mnie nie zostawiaj- powiedziałem błagalnie.
- Michael nie patrz na mnie takim wzrokiem.
- Mam zrobić zeza?- Uśmiechnęła się i mruknęła:
- Nie..Michael nie chce niszczyć ci rodziny.
- Tej rodziny nie ma. Lisa mnie nie kocha, a ja jej. Jedynie Ben i Riley.
- No właśnie. Co im powiesz? Przepraszam, ale nie mogę być z wasza mamusią, bo się nie kochamy? To im powiesz?
- Angie nie wiem, co zrobię, ale proszę nie odchodź. Nie wytrzymam bez ciebie.
- A ja bez ciebie.
- Widzisz -pogłaskałem ja po policzku.
- Michael będziemy tu tydzień. Potem reszta wróci z tobą do Neverlandu..
- A ty?
- Nie będzie mnie tydzień. Razem z dziewczynami wyjadę do Paryża.
- Ja tam powinienem być z tobą. To miasto zakochanych.
- Przecież wiem...
- Ale po tym tygodniu wrócisz.
- Wrócę, wtedy zdecydujemy, co dalej.
- Będę mógł dzwonić?- Zapytałem z nadzieją.
- Pomyślę, zależy jak sie będziesz zachowywał.
- Ja zawsze dobrze się zachowuje.
- Yhym- zachichotała, po czym spuściła głowę.
- To, kim dla siebie jesteśmy?
- Nie wiem... Chociaż o jesteśmy kochankami beznadziejnie w sobie zakochanymi, gdyż na drodze stoi twoja żona.
- Niedługo.
- Mickey..
- Ja nic nie knuje.
- Nie powiedziałam, że coś knujesz- zaczęła się śmiać.
- mam ochotę cię pocałować.
- Nie zasłużyłeś- powiedziała, chociaż jej ręce już powędrowały na mój kark.
- Czyżby.
- Nom- delikatnie ją pocałowałem, każdy pocałunek stawał się coraz namiętniejszy. W końcu nie wytrzymałem.

- Obejmij mnie nogami w pasie.- Wykonała polecenie, podniosłem ją i skierowałem sie w kierunku sofy.
- My jesteśmy wariatami- zaśmiała się.
- Niektórzy już tak mają- dodałem. Położyłem ją, po czym nachyliłem się nad nią.- Zwariowałem.
- Zwariowaliśmy- dodała.
Opadliśmy na łóżko. Dotknęła mojego policzka, po czym przeniosła ręce na moją czerwoną koszulę, i zaczęła rozpinać guziki. Nie byłem jej dłużny, szybko pozbyłem się jej bluzki, całując ją po obojczyku, gdy nagle....
Zadzwonił telefon. Jej telefon. Nie wiem, czemu, zaczęliśmy się śmiać. Angie wzięła telefon i przyłożyła do ucha:
- Halo... W hotelu, źle sie poczułam... Nie przyjeźdzaj zaraz wracam... Jest ze mną Mike... No dobra już wracamy...
- Kto to?- Zapytałem siadając.
- Rose- wydukała czerwie3niąc się. Szybko sięgnęła po swoją bluzkę i mruknęła: - To.. Ten.
- Wiem. Zapomnę- mruknąłem, po czym skierowałem się w stronę drzwi.
- Mike?- Odwróciłem się i popatrzyłem na nią.- Jesteś zły?
- Skąd, że
- To, dlaczego, mówisz takim tonem. Nie masz, o co być zazdrosny- odparła, zakładając ręce na piersiach.
- Nie mam, dlaczego? Nie mam, dlaczego?- Powtórzyłem śmiejąc się ironicznie.
- Ty idioto, robię wszystko by..
- By? Myślisz, że wyjazd będzie dobry? Nie chce być z Lisą.
- A ja nie chce popsuć tego. Nawet jak jej nie kochasz. Gdy mnie nie było okej!
- Nie było okej, cały czas o tobie myślałem. Przeszukałem pół świata by cię znaleźć, i wreście jesteś. Piękniejsza niż kiedykolwiek- podszedłem do niej- Nie umiem udawać, że cię nie kocham. Myślałem, że to zauroczenia, ale teraz wiem, że szczerze cię kocham.
- Nie to nie możliwe.
- Tak, dlaczego?
- Nie, nie- pokręciła głową.
- Nie ma żadnego nie. Po prostu kocham cię i chciałbym być z tobą i tylko wyłącznie z tobą- próbowałem ją pocałować, ale zrobiła unik- Angie do cholery!
- Tu jest ukryta kamera.
- A może ty mnie nie kochasz.
- Kocham cię!
- To, dlaczego bronisz się przed tym!
-, Bo masz żonę i dzieci debilu!
- Nie debiluj mi tutaj. Jakbyś mnie kochała, to byś mnie nie unikała.
- Acha, czyli miłość polega tylko na całowaniu?
- Nie powiedziałem nic takiego- mruknąłem podchodząc do okna.
- Ale zrobiłam unik jak chciałeś mnie pocałować, a teraz powiedziałeś, że skoro cię kocham po co robię uniki!- Warknęła i usiadła na kanapie, założyła nogę na nogę.
- Chodzi mi, o inne uniki. Jak byliśmy w lesie. Pamiętasz. Wtedy starałem się do ciebie zbliżyć, a ty chciałaś się ode mnie odcinać.
- Czyli ten las, to było ustawione. Specjalnie to zrobiłeś.
- Ja Pier.. Słuchaj, co do ciebie mówię uparciuchu.
- Trudno słuchać jak mówisz do okna- usiadłem na pr3eciw niej i zacząłem:
- Nic nie było planowane. To był czysty przypadek, ale już wtedy coś do ciebie czułem. Zrobiłbym wszystko byś była bezpieczna.
- No wiesz, to twoja wina, że tam utknęliśmy.
- Czyli żałujesz tych dni?!
- Tego nie powiedziałam.
- Ale zasugerowałaś- dodałem, odwracając głowę. Nie wiedziałem czy czułem żal, rozpacz czy wściekłość.
- Wiesz, co, pieprze to wszystko- zerwała sie nagle.
- Co pieprzysz.
-Pieprzę Ciebie i dzień, w którym Cię poznałam
żałuje, że wtedy nie wpadłam pod ten pieprzony pociąg. Nienawidzę cię!

- wykrzyknęła a ja usiadłem nieruchomo. Po chwili odwróciłem głowę, gdy poczułem jak w oczach zbierają mi się łzy.

" Pieprze Ciebie i dzień, w którym cię poznałam. Nienawidzę cię!"
Popatrzyłem na nią, po czym spuściłem głowę.
- Michael ja nie chciałam ja..- Zerwałem się i ja wyminąłem- Michael.
- daj mi święty spokój.
- Michael powiedziałam, to w złości.
- Po prostu daj mi święty spokój. Proszę będziemy an relacjach szef pracownik, lepiej?
- Nie jest lepiej.
- Przecież mnie nienawidzisz- powiedziałem, z smutkiem. -Angie daj mi święty spokój.
- Nie dam ci spokoju.
- Zapomnij o wszystkim, co ci powiedziałem. Najwidoczniej to był błąd.
- Michael nie chciałam tego powiedzieć.
- Angie nie można ukrywać swoich uczuć, skoro czułaś, że mnie nienawidzisz mogłaś mi to powiedzieć.
- Cholera jasna kocham cie a to powiedziałam w złości. Michael proszę usiądź, porozmawiajmy na spokojnie
- Nie, Angie. Nie chce rozmawiać. Nie mamy, o czym... Juz nie- odwróciłem się na pięcie, lecz przed wyjściem usłyszałem.
- Michael nie odchodź...
( Angie)

Wyszedł. Jak ja mogłam powiedzieć takie coś? .

 Cały czas przed widziałam, te jego wielkie smutne oczy. Zraniłam go, a tak strasznie go kocham. Jestem idiotką, nie powinnam żyć. Facet, bez, którego nie wyobrażam sobie życia, odszedł, na moje własne żądanie. "Pieprze Ciebie i dzień, w którym cię poznałam. Nienawidzę cię!" Nadal nie wierzyłam, że te słowa wypłynęły z moich ust. Ale ja tak nie uważam, byłam wściekła, bo wszystko zaczęło mi się pieprzyć. Zakochałam się w żonatym facecie, który
Mnie kocha, ale nie chce opuścić dzieci. One go kochają, a on je. Nie umiem być aż tak bezduszna. Lecz teraz to na nic. Nie ma go.
Wstałam na równe nogi, ubrałam kurtkę, po czym wyszłam z pokoju.


Gdy wybiegłam na zewnątrz nigdzie nie było jego samochodu. Rozejrzałam się, dokoła lecz pusto. Wybrałam do niego numer i czekałam.
" Cześć tu Michael, nie mogę rozmawiać, ale oddzwonię, o ile nagrasz się po sygnale"

- Michael naprawdę nie chciałam tego powiedzieć, jestem idiotką, świnią, debilką.. Kocham cię wariacie. Jesteś dla mnie cenniejszy niż całe moje życie. Nie zapominaj. Proszę nie znienadzidź mnie. Proszę...."- Chciałam coś dodać, ale usłyszałam piski, ludzki. Odwróciłam się i ostatnie, co zobaczyłam, to jakieś białe światło.. Po czym zapadła ciemność.....

“ Mówisz, że kochasz deszcz, a rozkładasz pa­rasolkę, gdy zaczy­na padać.
Mówisz, że kochasz słońce, a cho­wasz się w cieniu, gdy zaczy­na grzać.
Mówisz, że kochasz wiatr, a za­mykasz ok­no, gdy zaczy­na wiać.
Właśnie dla­tego boję się, gdy mówisz, że kochasz mnie. ”