piątek, 13 marca 2015

Don't Walk Away 5

Zaczne tak, przepraszam, że nowa notka Another Story się nie pojawiła, ale się nie wyrobiłem. Moge ją wrzucić, ale uważam, ją za totalne dno, i po co mam wrzucić, coś co jest okropne? Postanowiłem zamiast, niej wrzuić, kolejną część Don't Walk Away, a Another Story, to muszę sie ogarnąć, i troche pozmeniać. Co do Liberian Girl, pojawi sie jutro albo po południu, albo wieczorem. Nie wiem dokłądnie, wrzucam ta notkę na szybko bo idę do mojego najlepszego przyjaciela, na urodziny, a znając go i naszych znajomych szybciej niż jutro przed 10 nie wróce,  Aha i chciałbym przeprosić, za niektóre słowa jakie się tu pojawiają.
Pozdrawiam







,, I close my eyes 

Just to try and see you smile one more time 

But it’s been so long now all I do is cry "





Kiedyś musi nadejść, dzień rozłąki. I ten dzień właśnie wypadł dzisiaj. W Neverlandzie spędziłam 5 dni, przez co zżyłam się z Michaelem i Rosario. Wiedziałam, że wracając cały czas będę zastanawiać się, co robią? Czy też o mnie myślą? A może po prostu będą żyli swoim życiem. Podczas tego " krótkiego "według Michaela pobytu w Nibylandii, Brooke nie warzyła się pokazać. Nawet nie odbierała. Z jednej strony się cieszyłam, ale z drugiej widząc zawiedzioną twarz Michaela. Dlaczego życie nie może być proste, tylko w ciąż  nam kopie dołki? Pożegnałam się z Rosario oraz Maxem( ochroniarzem MJ), i razem z moim Piotrusiem wsiadłam do samochodu, ostatni raz spojrzałam przez szybę, by moje oczy mogły nacieszyć sie tą magią, po czym wyjechaliśmy za bramy. Do rzeczywistości, gdzie jest ból, smutek i samotność. Bo te uczucia będą mi towarzyszyć po powrocie. Obawiałam się też, powrotu gdyż mieszam z moją siostrą. A ja nie wiem czy dam radę wytrzymać, patrząc na nią. Nie wiem czy dam radę. Michael zatrzymał samochód przed moim domem i spojrzał na mnie smutno.
- Nie patrz tak na mnie- wyszeptałam, czując w środku ból.
- Nie będę udawał, że jest mi smutno. Miałem nadzieję, że jeszcze trochę pomieszkasz w Neverlandzie- odparł i spuścił głowę-, Ale to twój wybór.
- Michael nie utrudniaj mi tego- poprosiłam, spojrzał na mnie i głęboko westchnął.
- Pod warunkiem, że będziesz przyjeżdżać do mnie na weekendy- odparł weselej- no i czasem na cały tydzień, ale to...
- ok- zaśmiałam się- trzymaj sie Królu- pocałowałam jego policzek i wysiadłam. Zamknęłam drzwi i ruszyłam w kierunku drzwi, stając juz przy nich spojrzałam na załamanego Michaela. Pomachałam mu, i weszłam do środka. Słyszałam ich śmiechy. Śmiech Roxanne i Marka, oraz ich przyjaciół. Weszłam do salonu i rzuciłam:
- Przepraszam, że wam przeszkadzam.
- Rose, nic ci nie jest?- Zerwała się z miejsca.
- To nie jest już twój interes- mruknęłam i wbiegłam po schodach na górę. Weszłam do pokoju a od progu podbiegł do mnie mój skarb. Mały husky, zwący sie Piorun. Mam go  pół roku i nie wyobrażam sobie życia bez niego. To mój mały przyjaciel. Boże gdybym skoczyła, to on by został tu sam.


- Tęskniłeś- pogłaskałam go, na co pomerdał ogonkiem.- Ciekawe czy byś lubił Michaela?- Uśmiechnęłam się do siebie. Usiadłam na łóżku, i wyjęłam telefon z kieszeni kurtki. Weszłam w galerie, i chwile przyglądałam się zdjęciu Michaela.
Od razu polepszył mi sie humor. On był inny, niż wszyscy, był małym chłopcem zamkniętym w ciele dorosłego. Był moim osobistym Piotrusiem Panem. Usłyszałam pukanie do drzwi, więc spojrzałam w tamtą stronę. Stał tam Mark. Zrobiło mi się niedobrze na jego widok. Co ja w nim widziałam?
- Rose, muszę ci to wytłumaczyć.
- Ależ nie ma, czego.- Zaprzeczyłam. Mówiłam z dziwną ulgą- Najwidoczniej nie było pisane być nam razem.
- To znaczy, że mi wybaczasz?
- Taa a co mi szkodzi- rzuciłam z uśmiechem.
- Jesteś wielka, wiem, że trudno ci zaufać, ale postaram się być dobrym kolegą- uśmiechnął się i wyszedł. Czy mnie do diaska popieprzyło całkowicie? 5 Dni temu chciałam sie zabić a teraz przechodzę z nim w stosunki koleżeńskie? Ja naprawdę jestem popieprzona. Ale z drugiej strony, co mi szkodzi, Roxanne, to moja jedyna rodzinna ( nie licząc wujostwa) a Marka znam od dziecka.... Należy mi sie nagroda jak nic.- Rose chodź tu!- Krzyknął.
Zbiegłam po schodach i weszłam do salonu.
- Przepraszam cie siostra, kochałam Marka od dawna wiem, zachowałam sie jak suka, ale żałuje, nie zdziwię się, jeśli mi nie wybaczysz, ale daj mi szansę, nie chce stracić jeszcze ciebie- wyszeptała. Mówiła szczerze dokładnie wiedziałam, kiedy moja siostra żałowała, i teraz był taki moment.
- Przytulas?- Zaproponowałam, na co pokiwała głową.- A teraz mi opowiadać, co robiliście przez te 5 dni, co?
Tymczasem u Michaela:

Myślałem, że zwariuje, bez niej. Bez tych oczu, uśmiechu i melodyjnego głosu. Ona byla tak różna, od Brooke. Liczyła sie z moim zdaniem, ale kochała tez mi dogadywać. Była cudowna, była moja najlepszą przyjaciółką ( Nie licząc kochanej Liz), zawsze mogłęm na niej polegać.
- Michael usiądź na swoich 4 literach- mruknął zirytowany Tito. Zapomniałem wspomnieć, że jestem w domu moich rodziców w Hayvenhurst.
- Oh tak- usiadłem speszony.
- Co u Rose?- Na wspomnienie tego imienia ogromny uśmiech wpełzł mi na twarz, po czym moja twarz została oblana rumieńcem, słysząc gwizdy chłopaków.
- C-co?
- nasz mały Mikuś się zakochał ojoj- zażartował Jermaine. Bez uprzedzeń wziąłem jedną poduszkę i dowaliłem mu w ten jego głupi łeb.
- Odwal się.
- Bo co?- Nadal się szczerzył, A Rose mówi, że to ja jestem czasem irytujący.
- Co ci zęby powybijam- zaśmiałem się.
- Oj no dobrze. Co u tej Rose hym?- Ogarnął się. Wszyscy słuchali w skupieniu.
- Wróciła do siebie, i nudno mi tak bez niej- szepnąłem, bawiąc sie swoją czerwoną bransoletką.- Ale mnie odwiedzi.
- To może zaproś ją, do nas w przyszłą sobotę na kolacje?- Zaproponowała moja mama.
- Okej, to ja idę do niej zadzwonić- zerwałem sie, przez co potknąłem sie o poduszkę- Nic mi nie jest!
- Uważaj- zachichotała mama. Wbiegłem do mojego dawnego pokoju, i wykręciłem numer do mojej, no jeszcze nie w pełni mojej księżniczki, i czekałem. Jeden sygnał, drugi, trzeci.
- Halo.
- ROSE!
- Auć- piskneła- Tak to ja, co sie stało, że chcesz bym ogłuchła- zaśmiała się.
- No, bo wiesz jest taka sprawa, moja mama zaprasza cię na kolację, za tydzień w sobotę i zależy jej byś przyszła- wtrąciłem. 
- " Jej czy tobie?"- Usłyszałem głos mojej podświadomości. 
- Okej, z miła chęcią sie zjawię- się mógłbym przysiąść, że uśmiecha w tym momencie.
- A co u ciebie?
- Ach, pogodziłam sie z siostrą, i nawet życzyłam szczęścia mojemu ex-owi i mojej siostrze- zachichotałem-, Ale nudno tu bez ciebie.
- Mi bez ciebie też, zobaczymy sie za nie długo, co?
- Się wie, królu...Musze kończyć, jeśli to nie problem to zadzwoń za dwie godzinki okej- poprosiła.
- żaden.
-
 tęsknie- rzuciłem.
- ja też tęsknie Piotrusiu... Pozdrów ode mnie Janet, La Toyę, Twoja mamę, no wszystkich... Zamknij się Roxanne.
- Złazisz czy nie chce pogadać, z tobą potem sobie pogruchacie- słysząc to zaśmiałem się.
- Wal się.
- Rose, zadzwonię później. Całuje papa.
- Całuski.
Rozłączyłem się i wróciłem do salonu.
- Macie pozdrowienia- odparełm wesoło.
- Oh, a ty ją pozdrowiłeś.
- Tak- machnąłem ręką.
- Nie miał, kiedy- zaśmiała się mama.
- Mamo skończ- poprosiłem. 
- No dobrze. 
- Idę pochodzić- odparłem i wyszedłem do ogrodu. Natura zawsze mnie uspokajała. Wziąłem jeden wielki wdech, po czym wypuściłem powietrze, z ust. Rose odmieniła moje życie. Po prostu jest inna. Z jednej strony taka silna a z drugiej taka niewinna. Taka niebezpieczna, ale taka troskliwa, taka słodka, że aż odurza i czaruje. Nie ma to jak rozmyślać, na temat mojej przyjaciółki. Wtedy, gdy rozmawialiśmy o Tomie Cruisie to naprawdę poczułem się sam nie wiem, czemu cholernie zazdrosny. A potem, gdy do mnie przyszła taka wystraszona. Ach jest magiczna. Tyle, że zamknięta w sobie, przez co mnie tak do siebie przyciąga. Chce ją poznać w pełni. Chce wiedzieć, co czuje, myśli. Może na razie nie jest mi to pisane. Rozmyślając tak o Rose, zacząłem cicho nucić:

Nie odchodź
Zrozum ja poprostu nie potrafię znaleź odpowiednich słów do powiedzenia
Próbowałem,ale cały mój ból staną na przeszkodzie
Powiedz mi co muszę zrobić żebyś została
Czy mam upaść na kolana i się modlić.

Z uśmiechem na ustach szybko wróciłem do domu, i podbiegłem do pisanina, po czym zacząłem od nowa, a salę wypełniła łagodna melodja fortepianu:

Nie odchodź
Zrozum ja poprostu nie potrafię znaleź odpowiednich słów do powiedzenia
Próbowałem,ale cały mój ból staną na przeszkodzie
Powiedz mi co muszę zrobić żebyś została
Czy mam upaść na kolana i się modlić

I jak mam przestać cię tracić
Jak mam zacząć mówić
Kiedy nie ma już nic innego wyjścia tylko odejść

Zamykam oczy
Żeby spróbować zobaczyć twój uśmiech jeszcze raz
Ale to było tak dawno jedyne co teraz robię to płaczę
Czy nie możemy znaleźć miłości żeby to odeszło
Ponieważ ból jest silniejszy każdego dnia

Jak mogę zacząć jeszcze raz
Jak mam zrozumieć
Kiedy nie ma już innego wyjścia tylko odejść

Widzisz teraz dlaczego
Wszystkie moje marzenia były zepsute
Nie wiem dokąd zmierzamy
Wszystko co powiemy i zrobimy teraz
Nie puszczaj nie chcę odchodzić
Wiem dlaczego
Wszystkie moje marzenia były zepsute
Nie wiem dokąd zmierzamy
Wszystko zaczyna nas uwalniać
Czy nie widzisz nie chcę odchodzić

Jeśli odejdziesz nie zpomnę cię dziewczyno
Czy nie widzisz,że zawsze będziesz
Nawet kiedy będę musiał cię puścić
Nie można już nic zrobić
Nie odchodź


- Don't Walk Away Rose- wyszeptałem. No i mam piosenkę, kto by pomyślał.

                                                                            ***
Moje kontakty z Roxanne, były już lepsze, znów rozmawialiśmy, pomimo iż, mnie zraniła, I to bardzo bardzo mocno. Kto wie, może gdyby nie Michael nigdy bym jej nie wybaczyła? Powiedziałam jej o Michaela, przez co najpierw mnie wyśmiała, a gdy podałam jej do telefonu Michaela, przeprosiła, i znów była normalna. Szykowałam się właśnie na wyjście z Piorunem na spacer, gdy usłyszałam głos Roxanne.
- Rose!
Zbiegłam po schodach i podeszłam do niej. Stała z pilotem w ręce.
- Co?
- Bo ty i Michael jesteście razem?.
- Nie.
- To dobrze- rzuciła.
- Dlaczego?
- Patrz, włączyła TV, a na ekranie pojawił się napis:

Gorący romans Jacksona z Madonną.
A pod tym kilka ich zdjęć, potem zaś odezwał się dziennikarz.
- Jak dowodzą fakty, Michael Jackson oraz Madonna spotykali się od pewnego czasu regularnie. Muzyk zapraszał ją do siebie a ona go. Wychodzili na romantyczne, kolację, oraz spotkania. Jednak ich związek był po wielkim znakiem zapytania. Do wczoraj. Para udała się wczoraj do jednej z najdrożych restauracji Las Vegas, po czym udali się do domu Jacksona. Jest to szok, gdyż niedawno Jackson całował się publicznie z Brooke Shields. Brooke Shields i Madonna.
Stałam jak wryta przez chwile coś  środku zakuło mnie. Wbiegłam schodami na górę i rzuciłam się na łóżko. Przecież kocha Brooke, a tu spotyka się z Madonną. A ja go usprawiedliwiałam. Boże, jaka byłam głupia. Byłam załamana. Rozmawiałam z nim wczoraj rano i gdy chciałam go odwiedzić, powiedział, że całą noc spędzi na treningu.
" Trening łóżkowy"- syknęła moja podświadomość. Usłyszałam dzwonek telefonu. To on dzwonił. Nie odbierałam. Nie chciałam. Nie mogłam.


Michael:
Od tygodnia nie miałem kontaktu, z Rose, co bardzo mnie zmartwiło. Odwołałem kolację, u rodziców i zamknąłem się w Nibylandii. Nie wyobrażam sobie życia, bez niej, i nie wiem, co mam zrobić. Nieoczekiwanie usłyszałem dzwonek telefonu. Z nadzieją, że to Rose, podbiegłem by odebrać, niestety to była moja młodsza siostra Janet.
- Czyś ty kurwa powariował?!- Warknęła./
- Ale, o co ci chodzi.
- Nie wcale, sobie dzieci nie zrobię z Madonną, bo one są już kurwa w drodze!- Syknęła.
- Ogarnij się i mów, o co chodzi- starałem się zachować spokój.
- Kilka dni temu w wiadomościach był pokazywane twoje zdjęcia z Madonną, z romantycznej kolacji, a dziś ona wyznała, że jest z tobą w ciąży. Masz mi się wytłumaczyć, ale już!- Rozkazała.
- Nigdy jej nie tknąłem, owszem byliśmy razem na jednej kolacji, ale nic więcej- doparłem.
- Mam nadzieję,
- Janet wiesz co z Rose?
- Oprócz tego, że uważa, że zrobiłeś dziecko Madonnie i czuje się oszukana, bo podobno podczas twojego rzekomego treningu byłeś z Madonną na randce- no tak. Musiała się dowiedzieć. Boże i co ja teraz zrobię. Michael myśl- rozkazałem sobie.


- Dzięki, Janet, ale teraz musze jechać, załatwić, bardzo ważną sprawę- odparłem i odłożyłem słuchawkę. Musze ja odzyskać, choćby nie wiem, co.




A teraz kilka postaci, które się pojawiły:
Roxanne Adams. 27 Lat. Siostra Rose.
Mark Williams. 29. Były facet Rose.
Piorun.

poniedziałek, 9 marca 2015

6. I Love You, Liberian Girl

No i jest kolejna. Postanowiłem tą część wrzucić teraz gdyż muszę trochę nadrobić ten czas kiedy nie pojawiały sie notki. Kolejna ( 7 część) pojawi sie w sobotę, a kolejna Don't Walk Away w niedzielę. Co do Another Story jeszcze pomyślę. Pozdrawiam. Zapraszam do czytania i komentowania:)

Zerwałam się nagle, budząc się za sprawa koszmaru, a dokładniej wracających wspomnień z dzieciństwa. Rozejrzałam się dokoła i ze smutkiem odkryłam, że to prawda, naprawdę utknęliśmy gdzieś w lesie, sami. Tylko we dwoje. Hymn.. W innej sytuacji może bym sie cieszyła, ale nie teraz. Boże, co to by było gdyby paparazzi nas złapało. O już widzę te nagłówki. „ Jacko sypia, z jakąś brunetką w jaskini!" Boże, Angie ogarnij się, bo coś ci na dekiel bije. Spojrzałam na Michaela, który tak słodko uśmiechał się przez sen, i jak tu się na niego gniewać. Chociaż jakby się nie wtrącał, to było by wszystko w porządku. Wróciłabym do ciepłego łóżeczka,  Kiedyś uduszę tą kanalie, ale teraz niech śpi. Niech zbiera siły na dzisiejszą wędrówkę, ja mu dam, mnie śledzić. Po cichu wstałam starając się go przy okazji nie obudzić, i wyszłam z jaskini na zewnątrz. Las wyglądał jak taki z horrorów, dokładnie rozglądałam się, dokoła, gdy usłyszałam złamanie gałęzi, obejrzałam się a mój oddech od razu się przyśpieszył. Usłyszałam czyjś chichot, i gdy się odwróciłam myślałam, że zemdleję, na miejscu. Lecz po chwili zebrała się we mnie złość. Przede mną stał uśmiechnięty szeroko Michael
- Angie, czy wszystko w porządku?- Nie wytrzymałam, i dałam mu z liścia, po czym uciekłam. Ja tu się boje, a ten mi robi takie coś. Do tego miał spać. Dupek!- Angie zaczekaj.
- Pierdol się.
- Hej nie przeklinaj.
- A co moim ojcem jesteś- odwróciłam się w jego stronę, a po moim policzku popłynęła pojedyncza łza, chyba zrozumiał, że zrobił, źle, bo posmutniał.
- Przepraszam.
- Nie dotykaj mnie!- Pociągnęłam nosem, i wytarłam mokre od łez policzki.- Ja tu odchodzę od zmysłów, boje się jak cholera, a ty mnie straszysz? Jesteś dupkiem!
- Wiem
- Zejdź mi z oczu- usiadłam pod jakimś drzewem, i ukryłam twarz w dłoniach. Po chwili poczułam jego perfumy, i spojrzałam na niego.- Co strzeliło ci do głowy, co?
- Nie wiem. Przepraszam. Myślałem, że się nie boisz.
- Michael ja od zmysłów odchodzę. Co jeśli ktoś nam coś zrobi, co? Pomyślałeś o tym? Nie. Wy faceci, nigdy nie umiecie rozważnie pomyśleć.
- Wiem, zrobię coś za nim pomyślę dwa razy.
- Jesteś kanalią, ty agrrr- rzuciłam się na niego i zaczęłam łaskotać a on zaczął śmiać się w wniebogłosy, jednak to było oczywiste, że mnie powali, i po chwili leżałam, przygnieciona, do ziemi, przez Michaela. Leżał nade mną i trzymał moje ręce nad głową.- Masz trzy sekundy, albo nigdy dzieci sobie nie zrobisz!
- to groźba.
- Oj nie Jackson, groziłam wczoraj dziś obiecuje.
-, O co ci chodzi, jeszcze wczoraj wieczorem dobrze sie bawiliśmy, śmialiśmy się i..- Nagle urwał-, Angie wiem, że stało się coś, zrobiłaś się dla mnie taka obojętna.
- I dobrze, a teraz mnie puść!- Od razu zszedł, i usiadł sam przy drzewie. A ja nie odzywałam się do niego i usiadłam przy innym drzewie. Z jednej strony cieszyłam się, że jest taka sytuacja, bo chociaż jest szczęśliwy z Lisą i nie grozi mi niebezpieczeństwo, że się w nim zakocham. A co jeśli, i tak się zakocham? Jak pomyśle, o tych pięknych czułych oczach... Poczułam jak przez moje ciało przeszedł dreszcz i już sama nie byłam pewna, czy to z powodu zimna, czy przez wspomnienie tej pięknej czekolady. Te piękne oczy.. Zaraz czy ja powiedziałam piękne? Nie on ma brzydkie oczy.... Boże, kogo ja chce oszukać, on ma najpiękniejsze oczy na całej ziemi. Ale spokojnie uważam tak, bo kiedyś byłam jego fanką, dlatego mnie do niego ciągnie.. Prawda? Dlatego?

" Angie miałaś być na niego zła, a nie rozmyślać, na temat jego pięknych oczu''- upomniała mnie moja pod świadomość. Rozmyślałam tak, gdy nagle usłyszałam ciche podśpiewywanie. Spojrzałam przez ramie i zrozumiałam, że to Michael ma wenę.

Czy widzieliście moje dzieciństwo?
Szukam świata, z którego przybywam
Bo rozejrzałem się
W biurze rzeczy znalezionych mojego serca...

Nikt mnie nie rozumie
Uważa się, że to w wyniku jakichś dziwnych napięć...
Tak się głupio zachowuję
Zupełnie jak dziecko, ale wybaczcie mi...
ludzie mówią, że ze mną jest coś nie tak
Bo kocham tak elementarne sprawy...

To moje przeznaczenie szukać czegoś, co wyrówna
Dzieciństwo, którego nigdy nie miałem...
Czy widzieliście moje dzieciństwo?
Szukam tych cudów w mej młodości
Takich jak piraci i sny o przygodach
O podbojach i królach na tronach...
Zanim mnie osądzicie
Spróbujcie naprawdę mnie pokochać
Spójrzcie w wasze serca, a potem spytajcie
Czy widzieliście moje dzieciństwo?.


Poczułam jak w oczach zbierają mi się łzy, nie potrzebnie tak na niego naskoczyłam. Nim się obejrzałam, zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do Michaela i się w niego wtuliłam. Myślałam, że mnie odepchnie on wręcz przeciwnie przyciągnął mnie do siebie, i cicho zaszlochał.





- Tak strasznie cię przepraszam Angie.
- Nie to ja cię przepraszam, wiem, że jestem wredna- spuściłam głowę.
- Angie chce by było jak przedtem- odparł.
- Ja też.
- Powiedz, mi, dlaczego tak się zmieniłaś- poprosił.
- Nie mogę, ale robię to dla twojego dobra. Proszę zaufaj mi.
- Nie chce cię stracić- rzucić.
- Michael, masz Lisę, dwójkę cudownych dzieci.
- Ale to nie są moje dzieci Angie. A Lisa nawet nie chce słyszeć, nic o dzieciach, a ja nie będę całe życie młody. Do tego wiesz, że ona zabroniła im mówić do mnie tato. Mają zwracać się do mnie wujek Michael- odparł a w jego oczach zalśniły łzy.
- Jeszcze będziesz miał trójkę cudownych dzieci.
- Dlaczego trójkę?
- E tak mi się powiedziało- machnęłam na to dłonią.

- He he, piękna noc czyż nie- spojrzał w górę. Na niebo, które dało się zobaczyć za koron drzew. Gdzie dało się zobaczyć, wielką srebrzystą kulę wychodzącą za czarnych gęstych chmur.



Jak na zawołanie niebo zrobiło się czyste i nie było śladu po ciemnych chmurach, dzięki czemu mogła oświetlać niektóre zakamarki ziemi, no i twarz mojego towarzysza, który w świetle księżyca wydawał się bardzo atrakcyjny.
Patrzył na księżyc z uśmiechem, kiedy ja wydukałam:
- Nie zmienisz się w wilkołaka prawda?- On słysząc to zachichotał  i spojrzał na mnie czule.
- Nie a dlaczego przyszło ci takie coś do głowy?- Mówiąc to uśmiechał się szeroko. Odgarnęłam głosy do tyłu i głęboko westchnęłam: Zapowiada się przemowa- dodał i wybuchnął śmiechem.
- No wiesz ogląda się TV a tam zmieniłeś się w niezłego wilczka, panie Jackson- Michael pokręcił rozbawiony głową wtedy dodałam: - a ja nie chcę skończyć, jako twoja kolacja.
- Zmiłuje się nad tobą.
- Boże słyszałeś? Ten kanibal się nade mną zmiłuje… zaraz czy ty przypadkiem nie jesteś wegetarianinem?- Pokiwał głową nie przestawiając chichotać.
- Jestem- odparł dumnie.
- Boże to kanibal, który jest wegetarianinem! To jeszcze gorsza wersja, … czego człowiek jeszcze nie wymyśli- mruknęłam- To nie ma sensu!
- Wiem.
- To, dlaczego się śmiejesz?
- z twojej głupoty- trzepnęłam go delikatnie w głowę, po czym nieśmiało się do niego uśmiechnęłam.
- Michaelll?
- Takkk?
- Mam taką nietypową prośbę?
- Już się boje.. Ale raz się żyje.
- Nie, nie przelecę cię w lesie.
- Ulżyło mi.
- haha.
- Mogę się przytulić- mówiąc to rumieniec oblał moja twarz. Michael pokiwał głową i przyciągnął mnie do siebie. Usiadłam przed nim i położyłam głowę na jego klatce piersiowej. Michael przytulił mnie w pasie, i położył głowę na moim ramieniu.
- Ta chwila może trwać wiecznie- wyszeptał.
- Zgodzę się- mruknęłam.
- Co ty na to, że jak wrócimy to zrobimy sobie biwakowanie.
- O ile Lisa pozwoli.
- E tam..
- Nie chcę byście przeze mnie się kłócili.
- Ona zawsze znajdzie wymówkę, z resztą nie wiem czy nadal mnie kocha- nagle posmutniał.
- Dlaczego tak uważasz.
- Ostatnio powiedziała, że mnie nie kocha- wyznał.
- Na pewno powiedziała to w złości- chciałam go pocieszyć.
- Mam taką nadzieję.
- spokojnie- uśmiechnęłam się do niego. Byłam zaskoczona, tutaj chce mnie od niego odciągnąć a tutaj mówi mu takie słowa. Ach te gwiazdy. Nie mam do tego głowy.- Zabawne a mi kazała to zakończyć- powiedziałam. A dopiero po chwili dotarło do mnie, że powiedziałam to na głos.
- Co kazała ci skończyć.
- Ee
- Nie kręć.
- Jutro ci powiem. Obiecuje.
- Trzymam cię za słowo dziewczynko.
- Dobrze chłopczyku…


Jak mam to zwyczaju przepraszam za błędy :)

sobota, 7 marca 2015

5. I Love You, Liberian Girl

Przepraszam za taką długa nieobecność co do tego opowiadania, teraz biorę sie za pisanie i nie ma zmiłuj.

Dziś bez wstępu do 5 rozdziału, zapraszam do czytania:

Całą trójką udaliśmy się do kuchni. Rose przez całe śniadanie milczała i patrzyła sie w jeden punkt, współczułam jej jest taka młoda a już walczy o życie, zabawne jest to, że ja w jej wieku zamiast cieszyć się życiem chciałam wskoczyć pod jadący pociąg, gdyby nie mężczyzna siedzący obok, mnie i dzióbiący w talerzu, to by mnie nie było. Zerknęłam ukradkiem na Rose, po jej policzku popłynęła jedna łza, a we mnie od razu zebrał sie smutek. Czułam sie dość niezręcznie, gdyż zawsze było tu wesoło a teraz wszyscy jedli ze spuszczonymi głowami, nawet dzieciaki.
- Tatusiu, kiedy mamusia wraca?- Powiedziała Riley odkładając wiedelec.
- Za moment do niej zadzwonię i się dowiemy dobrze?- Pokiwała głową.- Przepraszam na moment- wstał i odszedł od stołu. Szczerze nie chciałam by wracała, będę musiała zakończyć moją znajomość z Michaelem. Rose odłożyła talerz i mruknęła:
- Dziękuje, ale nie jestem głodna- wstała od stołu i poszła na balkon. Tiff, ukryła twarz w dłoniach, a ja rzuciłam do dzieciaków:
- Jak zjecie to idźcie sie ubrać, To pouczymy sie trochę, co Riley?
- Tak..
- A ja?- Spytał wybrudzony Ben.
- A ty jesteś brudny- wytarłam go chusteczką- Jak będziesz chciał to pouczysz sie z nami.
- Okej.
- Idę pogadać z Rose- wyszeptałam Tiff na ucho. Pokiwała głową, lecz milczała dalej. Podeszłam do drzwi balkonowych wtedy usłyszałam ciche szlochanie. Weszłam na balkon i podeszłam do Rose.
- Hej nie płacz- położyłam jej dłoń na ramieniu, wtedy spojrzała na mnie zapłakanymi oczami- Wszystko się ułoży.
- Nic się nie ułoży!
- Rose.
- Ja umieram Angie! Umieram- dodała, spuszczając głowę.- Jestem taka młoda wiesz, że moim jedynym marzeniem jest iść na bal maturalny, ubrać piękną suknię, i chociaż przez chwilę być zwykłą dziewczyną. Zapomnieć o chorobie- mówiła to a w jej oczach zalśniły kolejne, łzy, ja zagryzłam wargę by się nie rozpłakać.
- Rose jeszcze wiele cudownych chwil przed tobą- chciałam ją podnieść na duchu. Boże ile ja bym dała żeby ona była teraz uśmiechnięta.
- Angie ja mam plany. Chciałam iść na studia, potem znaleźć jakąś super pracę by potem założyć rodzinę- spuściłam głowę. Kiedyś miałam takie same marzenia. Nie spełniły się przez to, co wydarzyło sie w moim życiu.- Ciekawe, jakie to uczucie mieć małe dziecko na rękach i usłyszeć słowo "ma-ma" jak myślisz?- Spojrzała na mnie.
- Na pewno cudowne- no i się stało po moim policzku popłynęła łza.- Rose nie załamuj się. Twoje życie będzie cudowne.
Zerwała sie z miejsca i podeszła do balustrady.
- KŁAMIESZ! Jak moje życie ma być cudowne, skoro za nie długo się skończy?
-...- Milczałam nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Usiadłam na huśtawce ogrodowej. Ukryłam twarz w dłoniach i po prostu rozpłakałam się. To było takie niesprawiedliwe, powinnam to ja umierać a nie ona! Ja nie mam, po co żyć, a ona ma. Jest taka młoda, ja sie już nażyłam się, to ja powinnam być na jej miejscu.
- Angie nie płacz- podeszła do mnie.

- Przepraszam- chusteczką wytarłam mokre policzki.
- Powinnam cie wspierać, a zamiast tego tutaj płaczę- dodałam, zaśmiałam się przez łzy.
- To moja wina.. Hej, nie płaczemy.
- To powinna być moja kwestia- wyszeptałam.
- Normalnie jak z dzieckiem- zachichotała, chociaż udało mi się poprawić jej humor.- Chodź, dzieciaki czekają.
Wstałam i razem z Rose weszliśmy do środka, Michaela nadal nie było. Byłam strasznie zdenerwowana, co jeśli pojechał po Lisę? Boże Angie ogarnij się.
                                                                  ***
Kilka dni później, Lisa z niewiadomych powodów, oznajmiła z nikąd, że Danny postanowił wsiąść dzieci na Hawaje i mam czas dla siebie, a ja, co nie umiałam znaleźć dla siebie miejsca. Michael też się zrobił jakiś dziwny, nie miał czasu a gdy chciałam z nim pogadać zbył mnie. Za to Rose otworzyła się i po jednym dniu byłyśmy sobie bardzo bliskie. Obiecała mi, że postara się Cieszyc z życia, dziś jest u koleżanek, a ja siedziałam sama u siebie w pokoju czekając, na jaki kol wiek cud. Czekałam, na jakie kolwiek słowo Michaela, ale z drugiej strony cieszyłam się, Lisa wreście będzie szczęśliwa z resztą Michael też.
- Angie?- Nagle usłyszałam głos, za którym tęskniłam. Spojrzałam w stronę drzwi i zobaczyłam Michaela- Mogę? - Wskazał na łóżko.
- To twój dom- mruknęłam obojętnym głosem.
- Przepraszam, ze ostatnio zachowywałem się jak dupek.
- Coś jeszcze?- Zapytałam. Podszedł do mnie i rzucił:
- Nie bądź zła.
- Nie mam, o co..
- Angie.
- Tak powinno być od zawsze. Jestem tylko twoim pracownikiem.
- Nie jesteś tylko pracownikiem, tylko...
- tylko?
- przyjaciółką, przepraszam, po prostu jestem załamany - spuścił głowę.
- Michael tak będzie lepiej- mruknęłam i spojrzałam przez okno.
- Tak nie będzie lepiej Angie, po prostu dociera do mnie coś, co nie powinno dotrzeć- odparł.
- Niby, co?
- Angie, gdy poznałem cię jak miałaś 16 lat to..
- Michael?- W pokoju zjawiła się Lisa.
- Tak Lise?
- Chodź, nie chcę siedzieć sama- wyciągnęła w jego kierunku rękę.

- Pogadamy później.- Spojrzał na mnie, ja jednak nie umiałam wytrzymać z nim kontaktu wzrokowego i odwróciłam głowę patrząc na dywan.
Michael westchnął, i ze spuszczoną głową wyszedł. Lisa podeszła do mnie, gdy jej mąż opuścił mój pokój i rzuciła:
- Dobra decyzja, więc jednak potrafisz myśleć- zaśmiała się chytrze i wyszedł.
- Boże, czym ja sobie zasłużyłam na takie traktowanie?- Spytałam się pod nosem, wtedy usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Dzwoniła Annie.
- Halo?- Rzuciłam.
- Nie uwierzysz, kto wrócił do Los Angeles.
- Oświeć mnie- mruknęłam.
- Natalie- wyprostowałam się- Nasza Natalie, wraca, musimy się z nią spotkać.
- No raczej- uśmiechnęłam się sama do siebie, humor trochę polepszył mi się.- A kiedy?
- Jutro.
- Okej, to pa- rozłączyłam się i wstałam, postanowiłam przejść się po Neverlandzie, pogoda była piękna, trzeba to wykorzystać. Wyszłam z pokoju, i miałam takiego nie farta, że wpadłam na jakiegoś chłopaka.
- Hej.
- Przepraszam- rzuciłam.
- Nic się nie stało,
- wpadałam na ciebie- rzuciłam.
- Wiesz nie codziennie, takie ślicznotki na mnie wpadają, więc jestem przeszczęśliwy- uśmiechnął się.- Boże gdzie moje maniery Johny jestem.
- Angie- rzuciłam nieśmiało.
- Johny- z nikąd pojawił się Michael- Angie. Co tu się dzieje?
- Miałem takie szczęście, że ta ślicznotka na mnie wpadła- puścił mi oczko.
- Idę się przejść.
- Mogę iść z tobą?
- Może innym razem cześć- wyminęłam go, schodziłam z schodów, kiedy usłyszałam głos Michaela.
- Angie, musimy porozmawiać.
- Chodzi o Riley?
- Nie.
- W takim razie, nie musze- przyśpieszyłam kroku.
-, O co Lisie, chodziło z tą "podjęłaś dobrą decyzję"?- Zatrzymam się nagle i spojrzałam na niego.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
- Angie Lily Margaret Castello!
- Skąd znasz moje pełne imię?- Oburzyłam się- a no tak papiery.
- Wiem, że cos ukrywasz i moja żona wtykała w tym palce. Nie zdziwiłbym się wcale gdyby tak było.
- Nie ufasz jej?
- Ufam, ale wiem, że jest w stanie zrobić wszystko by się kogoś pozbyć. Mów, o co chodzi- rzucił surowo. Pierwszy raz go takiego widziałam.
- Przepraszam Michael, ale nie mogę- wyszłam na zewnątrz. Nie chciałam być kapusiem.
- Dlaczego?
- Michael są rzeczy, o których nie musisz wiedzieć- popatrzyłam na niego- Uwierz, że tak będzie dla ciebie lepiej.
- Nie będzie...
- Będzie.
- Angie do jasnej cholery, o co ci chodzi?- Spytał.
- Za nie długo się dowiesz robię to, dlatego byś był szczęśliwy.
- Będę szczęśliwy, gdy będę wiedział, o co ci chodzi- złapał mój podbródek- Chce wiedzieć.
- Michael ja..- Spuściłam głowę.
- Tak Angie?- Spytał z nadzieją.
- Przepraszam- uciekłam, łzy połyneły po moich policzkach. Miałam wszystkiego dość. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się koło magicznego drzewa Michaela. Usiadłam pod nim, i podkuliłam nogi, i przyciągnęłam je do siebie.
                                                                           ***
- Natalie- rzuciłam się mojej dawnej przyjaciółce w ramiona.
- Angie! Annie, jak ja się stęskniłam- uśmiechnęła się szeroko.
- Nie tylko ty.. Opowiadaj, co słychać w Monte Carlo?
- Oh, dużo tego, będę mieć męża, same rozumiecie.
- więc wrócisz tam?- Spytała Annie.
- Muszę czeka tam na mnie Antonio.
- Oh.. Poznasz nas z nim?- Zapytałam z uśmiechem.
- Się wie... O jacie czy to Michael Jackson!- Odwróciłam się i zobaczyłam Michaela.
- Co tu tu robisz? Do tego bez ochrony? Nie śledziłeś mnie prawda?!- Spuścił głowę.
- Musze z tobą pogadać.
- Nie mamy, o czym, Michael proszę, zaraz będziesz w kawałkach.
- Zrobisz mi coś.
- Nie ja- brodą wskazałam na coraz większą grupę gapiów.
- Kurcze.
- Tak, cholera. Dziewczyny- zawołałam je. Podeszły do nas, oczywiście Natalie mierzyła Michaela wzorkiem od dołu do góry.
- Co jest? Oszalałeś chyba.
- Dla Angie się opłaca.
- Nie zwalaj tego na mnie- mruknęłam zirytowana, był nierozważny, i musiał znów zepsuć mi humor.- Spotkamy się, kiedy indziej, okej.
- Nie, możecie pogadać w Neverlandzie- rzucił Michael- popsułem to spotkanie, więc.
- Spoko.
- Dobra spotkajmy się na łące za centrum, a teraz chodź- chwyciłam go za rękę, i w jednej chwili wybiegliśmy z kawiarni i ile sił w nogach staraliśmy się zgubić tłum, który postanowił za nami pędzić.
- Nigdy więcej nie idę do centrum.
- Możliwe, jeśli nas złapią, to naprawdę nie pójdziesz- mruknęłam, gdy ukryliśmy się, w księgarni.- Co strzeliło ci do głowy i za mną poleźć, co?
- Nie chciałaś ze mną gadać, to jakoś musiałem się dowiedzieć, o co chodzi. Lisa mówi, że nie chodzi o nic ważnego.
- No to znasz odpowiedź.
- Ale wiem, że moja żona jest intrygantką i jest zaborcza, nie chcesz wiedzieć, co zrobiła gdy widziała mnie z Karen- obejrzał się czy nikt nie idzie.
- Co takiego?
- Wyszarpała ją za włosy, wyzywała dużo tego- zaczął wyliczać, - więc..
- Po prostu..- Już zaczynałam, kiedy.
- Tu są!
- Cholera- wybiegliśmy z księgarni, i pobiegliśmy przed siebie. Wybiegliśmy z centrum i pobiegliśmy do jego czarnego Ferrari, wtedy odpalił. Jak się okazało już za nami jechali paparazzi.- Cudownie!
- załóż to- podał mi okulary i maskę.
-, Po co to?
- Chcesz być w gazecie.
- Zapewne już będę, ale niech będzie- założyłam okulary i maskę. Przez chwilę mieliśmy spokój jednak po chwili znów te hieny nas dogoniły. Michael przyśpieszył, a ja zamknęłam oczy. " Boże pozwól mi przeżyć".
- Umrę.. Umrzemy marnie- bełkotałam z zaciśniętymi powiekami.
- Nikt nie umrze do cholery!- Odkrzyknął Michael.
- Umrę... Ja nie chce umierać!
- Angie..
- Nie mogę umrzeć, nigdy nie byłam w Wesołym miasteczku a co dopiero w Disneylandzie. Ja chce do Disneylandu!- Krzyknęłam histerycznie.
- Angie nikt nie umrze- otworzyłam oczy i zorientowałam się, że Michael wjechał w jakąś leśną dróżkę. Jechaliśmy, gdy nagle stanęliśmy.
- Co jest.
- Skończyło się paliwo.
- Nie zatankowałeś?
- Mówiłem sobie, że zatankuje, gdy będę wracał- opadł, tak jak ja bezradnie na oparcie.
- Świetnie utkniemy tu.
- Nie utkniemy dzwonie po Billa- odparł, wyciągnął telefon i rzucił : - Cholera tu nie ma zasięgu.
- No to po nas. Do Neverlandu jest jakieś 6 godzin stąd- mruknęłam .
- Wysiadaj.
- Po co?
- Nie będę do końca życia tutaj siedział, przejdziemy się może ktoś nam pomoże- odparł.
- Świetnie, bo ja nie mam, co robić tylko błąkać się z Michaelem Jacksonem, po lesie!- Warknęłam i wysiadłam.
- to nie moja wina.
- Jak nie twoja wina, jakbyś zatankował to by tego nie było.
- Mogłem zapomnieć.
- A wiesz, co ci powiem, nie było by tego jakbyś za mną nie pojechał- syknęłam i poszłam przed siebie.
- Gdzie idziesz?
- Daleko.
- Jakbyś mi powiedziała, o co chodzi, to bym nie musiał jechać!
- cholera Jackson wiesz, co to znaczy słowo NIE? Bo coś mi się wydaje, że nie- byłam na maxa, wkurzona. Świetnie, będę się błąkać z Jacksonem po lesie, do póki jakiś pijak nas nie rozpozna i nie dowali nam w łeb butelką.
Myślałam, że gorzej być nie może, jednak usłyszałam jak grzmi a po chwili się rozpadało.- Jeszcze ty!- Wykrzyknęłam oburzona patrząc w niebo.
- Hej, chociaż nie ma gradu- rzucił. Spojrzałam na niego wściekle spuścił głowę i wydukał- Już się zamykam.


Po półgodzinie padało jeszcze mocniej, do tego chciałam iść szybciej, bo Jackson mnie wkurzył i się poślizgnęłam i byłam cała w błocie, on też gdyż chciał mi pomóc. Wielkie dzięki bohaterze. Godziny ciągnęły się niemiłosiernie. Do tego dziewczyny.. Cholera, kazaliśmy czekać im przy centrum. No to świetnie.
- Jesteś zła?- Zapytał spokojnie.
- Raczej tak.
- Angie.
- Michael.. Przepraszam- wydukałam. I spuściłam głowę.
- Nie jakbym cie nie śledził, to by tego nie było- zawstydził się.
- Dobra nie kłóćmy się- wyszeptałam.
- Jak myślisz, za ile dojdziemy?
- Za trzy dni. Pogubiliśmy się. Do tego jestem zmęczona- odparłam.
- Chodź, wezmę cię na barana.
- Czego jeszcze? Dam radę iść.
- Jesteś pewna.
- Tak jestem pewna- uśmiechnęłam się słabo.

- To nie ma sensu!- Wykrzyknął, po dwóch godzinach.- Chodzimy w kółku już trzecia godzinę, do tego jest ciemno. I cały czas leje- dodał.
- Michael musimy iść dalej.
- Angie czy to ma sens.
- Nie- rzuciłam.
- Popatrz tam jest jakaś jaskinia, prześpimy się i rano zdecydujemy, co dalej hymn?
- Ta pewnie idźmy do jaskini by niedźwiedź nas zjadł- rzuciłam, zakładając ręce na piersiach, znów zrobiłam się złośliwa, ale to wszystko przez zmęczenie.
- To wymyśl  coś lepszego- mruknął.
Patrzyłam na niego w ciszy i rzuciłam:
- Dobra niech ci będzie, ale nie chce być zjedzona przez niedźwiedzia.
- Będę cię bronił chodź.
Złapałam go za rękę i podążyliśmy w kierunku danej jaskini. Michael zajrzał go środka, a gdy okazało się, że nie ma tam " żadnego niedźwiedzia, który by nas zjadł" ani nic w tym stylu, zawołał mnie do środka, 
- Zimno mi- odparłam przyciągając do siebie nogi.
- Czekaj zaraz rozpalę.
- Umiesz?
- Byłem kiedyś harcerzem!- Pochwalił się, zaśmiałam się. Jak się okazało naprawę potrafił rozpalić. Przy małej pomocy, zapałek.- Widzisz dałem rade.
- Tak a zapałki ci tylko troszkę pomogły.
- No właśnie.
Zachichotaliśmy i popatrzyliśmy w ogień.
- Jak myślisz będą nasz szukać- pierwsza nawiązałam z nim kontakt wzrokowy. Spojrzał na mnie i rzucił:
- Mam nadzieję, że tak.
- Przeżyjemy prawda?
- Tak.. Tego jestem pewien.
- Pomyśleć, że nie było by nas teraz tutaj gdyby nie paparazzi.
- Cieszę się, że tu jesteśmy, bo chociaż znów mogę zobaczyć twój piękny uśmiech. I mogę z tobą pogadać.
Uśmiechnęłam się nieśmiało i rzuciłam:
- Mimo wszystko też cieszę się, że to tak się skończyło- położyłam głowę na jego ramieniu- Mam nadzieję, że jutro wszystko wróci do normy.

- Ja też Angie.. Ja też.




No i jest kolejna. Następna część za tydzień. Do zobaczenia :)

poniedziałek, 2 marca 2015

Don't Walk Away 4

Hej na początku chciałbym, powiedzieć, że notka Liberian Girl pojawi sie w sobotę, a co do bloga Another Story muszę spobie zrobić małą przerwę, chce by kolejna notka była bardzo długa, i jakoś się składała, a nie. Więc jak cos to jeszcze dam znać kiedy pojawi się tam nowa, a na razie zapraszam na nową Don't Walk Away.




- Tu się schowałyście- na taras wszedł uśmiechnięty Michael- Mam nadzieję, że nie nagadałaś nic Rose na mój temat, co ją do mnie zniechęci-dodał, opierając się o balustradę plecami.
- Jaaaa? Nie no coś ty- rzuciła, na co zachichotałam. Michael spojrzał wzrokiem typu, Na serio. Gorzej niż z dzieckiem".- Hej.
- No, co- wzruszył ramionami zerkając na mnie- Nie chciałbym stracić takiej osoby jak Rose- patrzył wprost moich oczu, przez co zawstydziłam sie nieco.
- Ja też bym nie chciałabyś stracił- wyszeptała wesoło. " Ludzie przestańcie"- błagałam w myślach.- Do końca życia będziesz miał mi za złe, tamtą dziewczynę?- Zapytała. Usłyszałam jak Michael głośno wzdycha, więc popatrzyłam na niego.
- Dziwisz mi się. - Rzucił.
- Michael nie wiem, o co chodzi, ale zapewniam Cię, że twoja mama chce najlepiej dla ciebie- wtrąciłam.
- Oooo- rzuciła, na co Michael zachichotał.
- Ach ta damska solidarność- pokręcił głową.
- Ja ci dam damska solidarność- wystawiłam mu język.- Ty, ty..
- no, co?- Uśmiechnął się szeroko.

- Niech cię szlag!- Zachichotał, i przygryzł wargę. Był uroczy, gdy to robił.
- Mamo możesz zostawić nas na chwilę samych?- Spytał. Mama Michaela pokiwała głową i wyszła. A on powoli do mnie podszedł.
- Co pan knuje, hymn?- Zapytałam zakładając nogę na nogę.
- Nic.
- Wcale.
- No wcale, po prostu chciałem ci podziękować- odparł. Spojrzałam na niego zaskoczona, więc dodał- Za to, że no wiesz, pomogłaś mi przejrzeć na oczy.
- Na długo?- Spytałam, a on spuścił głowę- Wiedziałam. Tylko wyjadę a ty znów jej na to pozwolisz- dodałam.- Dlaczego ty na to pozwalasz?
- Rose jestem do tego przyzwyczajony. Przez całe moje życie, ludzie udawali moich przyjaciół a tak na prawdę chodziło tylko o jakieś kontakty czy o kasę. Jestem po prostu przyzwyczajony- odparł smutno.
- Michael, skoro przez całe życie, pozwalałeś na to to...
- Nie chce narzekać i- wtrącił.
- Ale masz prawo! Jesteś tylko i wyłącznie człowiekiem. No może jesteś mistrzem w tworzeniu takich tekstów czy tańczeniu, ale to nie oznacza, że jesteś maszyną. Masz prawo do okazywania swoich uczuć tak jak mają na to prawo pozostali ludzie. To, że jesteś sławny nie powinno skreślać, tego, że niby nie możesz narzekać albo mówić tego, co czujesz. Nie mówię, żebyś zachowywał się jak arogancki dupek, bo oberwałbyś ode mnie, ale nie pozwalaj innym na to. Nie zasługujesz, na takie rzeczowe traktowanie. Dlatego nigdy nie będę chciała być sławna- wyszeptałam.
- Wiesz, 3/4 społeczeństwa, z jakim się zadaje przyjaźnią się ze mną tylko dla sławy- szepnął.- Nigdy nie spotkam kobiety, która mnie szczerze pokocha.
- No właśnie, Michael spójrz na mnie- wzięłam jego ręce w swoje i spojrzałam w tą parę pięknych oczu. - Kiedyś spotkasz jakąś cudowną kobietę, która będzie kochać cię za to, jaki jesteś, będziecie mieć dzieci i wszystko się ułoży- dotknął mojego policzka, lecz milczał- Będziecie cudowną rodziną, będziecie szczęśliwi- i on i ja mieliśmy łzy w oczach- Może jak kiedyś będziesz miał córeczkę lub syna będzie miał twoje oczy. 
- Myślisz.
- Taa.. Lepiej, żeby miało oczy i wygląd po tobie niż charakter- wybuchliśmy niepohamowanym atakiem śmiechu.
- Dziękuje Rose- pocałował mnie w policzek- Bardzo ci dziękuje- dodał.
- Nie dziękuj- speszyłam się. Cały czas patrzyliśmy się w swoje oczy. Teraz zgodzę się z innymi osobami był odurzający i czarujący. " I on nie miał by nie mieć kobiety"- prysnełam w myślach.
- Nie przeszkadzam- na taras wróciła mama Michaela tym razem z Janet.
- Nie- rzuciliśmy i oderwaliśmy się od siebie. Michael chciał coś dodać, ale zadzwonił do niego telefon. Wyciągnął go z kieszeni i mruknął:
- Madonna? Poczekaj chwilę.. Za chwilkę wracam- zwrócił się do mnie. Pokiwałam głową i odwróciłam wzrok. Już wiedziałam, dlaczego mówiło się, że na złamane serce dobra jest nowa miłość.
- ładnie razem wyglądacie- odparła pani Katherine, słysząc to strasznie poczerwieniałam i zrobiło mi się duszno- wszystko w porządku.
- Taaaaaaak- przeciągnęłam.
- w jak najlepszym- zaćkierkała Janet, na co zachichotałam- Ciekawe, czego chce od niego Madonna?
- Może chce sie z nim umówić.
- Lepiej, żeby tak nie było- odparła.
- Czemu?
- Madonna to żmija, nie można jej zaufać. Do tego jest zobczona, ludzie nie wyobrażam sobie jej i mojego brata- wzdrygnęła się, na co zachichotałam.
- No wiesz, Jan na złamane serce dobra jest nowa miłość.
- Ty mnie nawet nie wkurzaj.
- Serce nie sługa nim się obejrzysz a zostaniesz ciocią słodkich małych dzieciaków.- Chichotałam, na co Janet spiorunowała mnie wzrokiem.
- Niech tylko spróbuje, a go własno ręcznie ukatrupię.
- Kogo?- Wkroczył z telefonem na taras.
- Nie waż robić sobie z nią dzieci?
- C-co?- Zająkał się zaskoczony.
- Oh nie mów, co nie waż sie robić z nią dzieci zabraniam ci-waliłam pięścią w moje kolano wyjąc z śmiechu. To wyglądało komicznie.
- Ale, z kim?
- No kurde, z kim, no z Madonną- warknęła.
- Bleee- wzdrygnął się, na co jeszcze głośniej sie zaśmiałam.- Jak mogłaś pomyśleć, że my?.. blee.
- Dobrana z was była by parka- rzuciłam.
- Ja ci tam ty mała intrygantko- podszedł do mnie i zaczął łaskotać.
- Mi..Michael...Prze..przes...Przestań.. No już..
- pocierp teraz za to, co powiedziałaś.
- Byłam grzeczna.
- A ja jestem Tom Cruise..
- O to jesteś mega przystojny- przestał na chwilę.
- Podoba ci się?- Spytał unosząc wysoko jedną brew.
- A komu by się nie podobał.
- Zgadzam się- rzuciła Janet spojrzał na swoja matkę, która przytaknęła.
- Co wy w nim widzicie- odsunął sie i usiadł po turecku.
- Jest słodki, utalentowany...
-a ja?
- a co jesteś zazdrosny- poruszyłam chytrze brwiami, spłonął rumieńcem i wydukał.
- Pytania nie było.
Słysząc to zaśmiałam się iście diabelsko, na co spojrzał na mnie zdziwiony.
- Obudziłem diablicę.
- hehehehe.
- O zlituj się sie nade mną i nic mi nie rób..
- Jak będziesz grzeczny- uśmiechnełam się- to, czemu by nie- dodałam przygryzajac wargę, na co uśmiechnął się szeroko.
- Nie wiem czy nie zaryzykować.
- Oh Jackson to zależy tylko i wyłącznie od ciebie- wyszeptałam- A gdzie La Toya?
- Pojechała po jakieś ubrania dla ciebie- wymamrotał.
- CO?
- No, bo zostajesz, tu no i poprosiłem ją by pojechała do centrum kupić ci kilka rzeczy.
- Nie zgadzam sie, nie będziesz wydać na mnie pieniędzy i wysyłać biedną Toyię do sklepu.
- Wiesz Rose sklepy to żywią La Toyi- wtrąciła Janet.
- trudno, nie chce żadnych rzeczy- warknęłam i wyszłam z tarasu.
- Nie bądź uparta.
- Właśnie, że będę!
- Rose w czymś musisz, spać i chodzić na codzień, no chyba, że wolisz chodzić nago- rzucił.
- w twoich snach..
- Rose.
- Nie chce byś wydawał na mnie pieniądze- usiadłam na sofie podkulając nogi- Ja lubię cie o tak, nie dla kasy.
- Wiem..- Pogłaskał mnie po policzku- to znaczy, że mnie lubisz?
- Nom.
- A jestem przystojniejszy od Toma, Cruisa?- Słysząc to wybuchłam niepohamowanym atakiem śmiechu, nie ma, co jest zazdrosny. No sam Michael Jackson jest zazdrosny, o mnie?! Boże, to naprawdę koniec świata.  Pokiwałam głową, na co usłyszałam ciche " Yeah" i zachichotałam.- O ile.
- Tysiąc razy.
- Jupiii- zaklaskał w dłonie.
- Zazdrośnik- mruknęłam pod nosem.
- Mówiłaś coś- spojrzał na mnie rozbrajając mnie.
- Nie- pokręciłam z uśmiechem głową- Nic nie mówiłam.
- Jej powiedziałaś, że jestem przystojniejszy- powtórzył.
- No już nie zachowuj sie jak paw.
- Ja? Jak paw? Nie...
- Na pewno- zadrwiłam.
- Co nie wierzysz mi?
- Panie wielki, niech pan nie zaczyna okej- mruknęłam.
- Jestem dla ciebie wielki?- Poruszył zabawnie brwiami.
- Może, kto to wie.
- Ty.
- I tak ci nie powiem, więc spadaj.
- Nie..
- Ach- opadłam bezsilnie na łóżko. On siedząc przy szafce widząc moją bezradną minę uśmiechnął się, po czym zaśmiał sie głośno.- Rozwalasz mój system.
- Wiem- wyszczerzył się.
- chociaż tyle dobrze- do pokoju weszły p. Katherine i Janet.
- My sie przy was nachodzimy- zachichotała mama MJ.
- No widzisz Michael zajmij sie swoimi gośćmi, a mi daj żyć.
- Nie- zaśmiał się chytrze.
- Boże- wypuściłam powietrze z świtem.
- Co wam tak wesoło?- Z nikąd pojawiła się Rosario.- Jeszcze nigdy wie widziałam, by Michael tyle razy się uśmiechał.
- To Rose tak dobrze na mnie wpływa. Dzięki niej będę długo żył.
- Ale będziesz miał pełno zmarszczek- wtrąciłam, siadając po turecku.
- Już mam.
- No tak zapomniałam, że za niedługo stuknie ci setka.
- Rose.. Mogę do ciebie mówić kruszynko, albo księżniczko lub dziewczynko?
- Boże, jakie zachcianki jak chcesz, to okej.
- No to będziesz moją małą księżniczką- wyszeptał spoglądając na mnie z ukosa.
- Okej...
                                                                      ***
Dzień u boku Michaela szybko leciał, nim sie obejrzałam a był już wieczór. Z powodu jak było ciemno Michael zaproponowałby jego siostry i mama, zostały na noc, po długich namowach zgodziły się. Podczas gdy one szykowały sie do spania, ja usiadłam obok Michaela przy kominku słuchając jego melodyjnego głosu, podczas czytania przez niego książkę. Czas na chwile stanął, było tak miło i co chwila uśmiechaliśmy się do siebie, a gdy Michael skończył rzuciłam:
- Szkoda, że tak sie skończyła.
- Czasem tak jest- odparł i odłożył książkę.
- szkoda- przeciągnęłam się i ziewnęłam.
- Komuś sie oczka kleją- zachichotał.
- Nie, prawda- szczerze nie wiem, jakim cudem jeszcze odpowiadałam skoro miałam zamknięte oczy. Nagle poczułam jak moje ciało odrywa się od podłoża i sie unosi, otworzyłam oczy i spojrzałam na uśmiechniętego Michaela- Hej postaw mnie.
- Ledwo, co odpowiadasz, nie dasz rady dojść, sama
- Dam.
- Jesteś wykończona, musisz odpocząć.
- Ale mam swoje nogi- zaplotłam palce wokół jego szyi- Masz ładne perfumy.
- I zaczęłaś bredzić- nie wiem, po co to powiedział, ale oberwał za to delikatnie w nos.- Już nic nie mówię.
- No i dobrze-wtuliłam sie w niego.
- Wygodnie ci?
- O tak.
- To może położę cię koło siebie.
- Chciałbyś- mruknęłam w jego koszulę.
- Hehehe.- Poczułam jak kładzie mnie, po czym siada obok.- Chciałabyś kąpiel czy uśniesz w wannie?
- Nie usnę i o ile to nie problem, to kąpiel miła by teraz była- spojrzałam na Michaela wgapiającego sie we mnie, po czym zerwał sie nagle i poszedł do łazienki
Po chwili wrócił i odparł, że mogę już iść, i dał mi piżamę. Rzucił jeszcze dobranoc i wyszedł. Przeciągnęłam się jeszcze raz i ruszyłam w kierunku łazienki, gdzie unosił się piękny zapach kwiatów, wciągnęłam go i uśmiechnęłam sie do siebie szeroko.
                                                                    ***
Po skończonej kąpieli, która ożywiła mnie, nieco, ubrałam piżamę i wróciłam do pokoju. Na łóżku leżała, mała karteczka. Podeszłam do łóżka i wzięłam kartkę w obydwie dłonie.

"Droga Rose.
Jakbyś czegoś potrzebowała to jestem zawsze do twojej usługi. Będę u siebie w sypialni.
Jeszcze raz dobranoc.
Michael."

Uśmiechałam się sie do siebie, był uroczy i taki opiekuńczy, cały czas zastawiałam sie jak Brooke może go tak traktować. To nie do pomyślenia. Nagle usłyszałam grzmot, gdzieś koło Nibylandii, i włosy stanęły mi dęba, i zadrżałam. Podbiegłam do okna, i spojrzałam przez nie, z ogromnym niepokojem odkryłam, że niebo jest strasznie pochmurne i od czasu do czasu grzmi.,, Tylko nie płacz Rose"- rozkazałam sobie. Od dziecka się bałam burzy, lecz wtedy mogłam pobiec do taty, który zawsze mnie uspokajał, jednak po jego śmierci lęk, się nasilił. I było jeszcze gorzej, postanowiłam jednak nie panikować, wsunęłam sie pod ciepłą kołdrę i przykryłam po same uszy. Znów usłyszałam grzmot, i zaczęłam mimowolnie płakać, nie wytrzymałam. Rzuciłam kołdrę na bok, i wstałam. Szybko wybiegłam na korytarz pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie to Michael. Szłam powoli, rozglądając się dokoła. Korytarz, który za dnia wyglądał niesamowicie, budził teraz grozę. W końcu na końcu korytarza, zobaczyłam duże podwójne drzwi. Zapukałam, ale nikt nie odpowiadał, więc uchyliłam delikatnie drzwi i zajrzałam do środka, wszędzie panował mrok. Mój wzrok powędrował, na ogromne łóżko z baldachimem, na którym leżał Michael ubrany tak jak za dnia, "pewnie zasnął tak jak padł pomyślałam. Podeszłam do niego i uklęknęłam koło łóżka.
Michael wyglądał strasznie niewinnie przez sen, przez co było żal mi go budzić, no, ale trudno. Słysząc kolejne grzmoty, zaczęłam szlochać.
- Michael-potrząsnęłam jego ramieniem- Michael.
Otworzył zaspane oczy i spojrzał na mnie.
- Rose, co się stało- przetarł zaspane oczy- Płakałaś- stwierdził.
- Przytul.
- Chodź- przyciągnął mnie do siebie i otulił swoimi dużymi ramionami. Głaskał mnie po włosach i starał się uspokoić.- Boisz się sie burzy?
Pokiwałam głową i jeszcze bardziej sie w niego wtuliłam, słyszałam to miarowe rytmiczne teraz bijące w normalnym tempie serce, które uspokajało mnie.
- Nie bawi cię to?
- Nie.. Każdy ma prawo by się czegoś bać.
- Ty się nie boisz- wytarłam mokre policzki.
- Boje sie wielu rzeczy- wyszeptał- Postaraj się sie zasnąć, będę cały czas obok.
- Obiecujesz?
- Na własne życie...
                                                               ***
Następnego dnia obudziłam się wyjątkowo dobrze wyspana. Leżałam wtulona w Michaela, podczas gdy on bawił sie moimi włosami. Widząc, że sie obudziłam, uśmiechnął się szeroko i rzucił:
- Witaj księżniczko.
- Cześć Piotrusiu- wyszeptała, wtulając się w niego jeszcze bardziej.- Jak sie spało?
- Dobrze a tobie?
- Wyśmienicie- przeturlałam się-, o której będą dzieciaki?
- po 13.
- No to pora wstawać- mruknęłam.
- Pora wstawać- zaśmiał się.
- Czyli aż takim dużym leniuchem nie jesteś?
- A mam być?- Zachichotał chytrze.
- tylko spróbuj- mruknęłam. Zeszliśmy na dół, gdzie przy stole siedziały dziewczyny oraz mama MJ.
- Dzień dobry- przywitałam się.
- Witajcie- uśmiechnęła się do nas miło.- Jak sie spało?
- Dobrze..
- To się cieszę, no Mickey to my już uciekamy- rzuciła Janet.
- Już?
- Nom, masz Rose, to miłego dnia.
Pożegnałam się z jego mamą i siostrami, i usiadłam przy stole, podczas gdy on je odprowadził.
- Już jestem- usiadł koło mnie.
- Dziękuje- rzuciłam nagle.
-Za co?- Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Za to, że mnie nie wyśmiałeś, tylko zrozumiałeś.

- Nie masz mi, za co dziękować- uśmiechnął się sie do mnie. Przez resztę śniadania nie odzywaliśmy się, do siebie, a gdy w końcu przyjechały dzieci, nie odstępowały go na krok. Czułam się trochę nie swojo, lecz dzieci szybko wciągnęły mnie w wir zabawy, i tak oto znów spędziłam pełny dzień wrażeń, w krainie, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie można, być sobą, i gdzie nigdy sie nie dorasta.





"Bądź moją Wendy, kochanie. Ja będę twoim Piotrusiem Panem 
Razem możemy uciec tam gdzie jest Nibylandia"