No i jest kolejna. Postanowiłem tą część wrzucić teraz gdyż muszę trochę nadrobić ten czas kiedy nie pojawiały sie notki. Kolejna ( 7 część) pojawi sie w sobotę, a kolejna Don't Walk Away w niedzielę. Co do Another Story jeszcze pomyślę. Pozdrawiam. Zapraszam do czytania i komentowania:)
Zerwałam się nagle, budząc się za sprawa koszmaru, a dokładniej
wracających wspomnień z dzieciństwa. Rozejrzałam się dokoła i ze smutkiem
odkryłam, że to prawda, naprawdę utknęliśmy gdzieś w lesie, sami. Tylko we
dwoje. Hymn.. W innej sytuacji może bym sie cieszyła, ale nie teraz. Boże, co
to by było gdyby paparazzi nas złapało. O już widzę te nagłówki. „ Jacko sypia,
z jakąś brunetką w jaskini!" Boże, Angie ogarnij się, bo coś ci na dekiel
bije. Spojrzałam na Michaela, który tak słodko uśmiechał się przez sen, i jak
tu się na niego gniewać. Chociaż jakby się nie wtrącał, to było by wszystko w
porządku. Wróciłabym do ciepłego łóżeczka, Kiedyś uduszę tą kanalie, ale
teraz niech śpi. Niech zbiera siły na dzisiejszą wędrówkę, ja mu dam, mnie
śledzić. Po cichu wstałam starając się go przy okazji nie obudzić, i wyszłam z
jaskini na zewnątrz. Las wyglądał jak taki z horrorów, dokładnie rozglądałam się,
dokoła, gdy usłyszałam złamanie gałęzi, obejrzałam się a mój oddech od razu się
przyśpieszył. Usłyszałam czyjś chichot, i gdy się odwróciłam myślałam, że
zemdleję, na miejscu. Lecz po chwili zebrała się we mnie złość. Przede mną stał
uśmiechnięty szeroko Michael
- Angie, czy wszystko w
porządku?- Nie wytrzymałam, i dałam mu z liścia, po czym uciekłam. Ja tu się
boje, a ten mi robi takie coś. Do tego miał spać. Dupek!- Angie zaczekaj.
- Pierdol się.
- Hej nie przeklinaj.
- A co moim ojcem jesteś-
odwróciłam się w jego stronę, a po moim policzku popłynęła pojedyncza łza,
chyba zrozumiał, że zrobił, źle, bo posmutniał.
- Przepraszam.
- Nie dotykaj mnie!- Pociągnęłam
nosem, i wytarłam mokre od łez policzki.- Ja tu odchodzę od zmysłów, boje się
jak cholera, a ty mnie straszysz? Jesteś dupkiem!
- Wiem
- Zejdź mi z oczu- usiadłam
pod jakimś drzewem, i ukryłam twarz w dłoniach. Po chwili poczułam jego
perfumy, i spojrzałam na niego.- Co strzeliło ci do głowy, co?
- Nie wiem. Przepraszam.
Myślałem, że się nie boisz.
- Michael ja od zmysłów
odchodzę. Co jeśli ktoś nam coś zrobi, co? Pomyślałeś o tym? Nie. Wy faceci,
nigdy nie umiecie rozważnie pomyśleć.
- Wiem, zrobię coś za nim
pomyślę dwa razy.
- Jesteś kanalią, ty agrrr-
rzuciłam się na niego i zaczęłam łaskotać a on zaczął śmiać się w wniebogłosy,
jednak to było oczywiste, że mnie powali, i po chwili leżałam, przygnieciona,
do ziemi, przez Michaela. Leżał nade mną i trzymał moje ręce nad głową.- Masz
trzy sekundy, albo nigdy dzieci sobie nie zrobisz!
- to groźba.
- Oj nie Jackson, groziłam
wczoraj dziś obiecuje.
-, O co ci chodzi, jeszcze
wczoraj wieczorem dobrze sie bawiliśmy, śmialiśmy się i..- Nagle urwał-, Angie
wiem, że stało się coś, zrobiłaś się dla mnie taka obojętna.
- I dobrze, a teraz mnie
puść!- Od razu zszedł, i usiadł sam przy drzewie. A ja nie odzywałam się do
niego i usiadłam przy innym drzewie. Z jednej strony cieszyłam się, że jest
taka sytuacja, bo chociaż jest szczęśliwy z Lisą i nie grozi mi
niebezpieczeństwo, że się w nim zakocham. A co jeśli, i tak się zakocham? Jak
pomyśle, o tych pięknych czułych oczach... Poczułam jak przez moje ciało
przeszedł dreszcz i już sama nie byłam pewna, czy to z powodu zimna, czy przez
wspomnienie tej pięknej czekolady. Te piękne oczy.. Zaraz czy ja powiedziałam
piękne? Nie on ma brzydkie oczy.... Boże, kogo ja chce oszukać, on ma
najpiękniejsze oczy na całej ziemi. Ale spokojnie uważam tak, bo kiedyś byłam
jego fanką, dlatego mnie do niego ciągnie.. Prawda? Dlatego?
" Angie miałaś być na
niego zła, a nie rozmyślać, na temat jego pięknych oczu''- upomniała mnie moja
pod świadomość. Rozmyślałam tak, gdy nagle usłyszałam ciche podśpiewywanie.
Spojrzałam przez ramie i zrozumiałam, że to Michael ma wenę.
Czy widzieliście moje dzieciństwo? Szukam świata, z którego przybywam Bo rozejrzałem się W biurze rzeczy znalezionych mojego serca...
Nikt mnie nie rozumie Uważa się, że to w wyniku jakichś dziwnych napięć... Tak się głupio zachowuję Zupełnie jak dziecko, ale wybaczcie mi... ludzie mówią, że ze mną jest coś nie tak Bo kocham tak elementarne sprawy...
To moje przeznaczenie szukać czegoś, co wyrówna Dzieciństwo, którego nigdy nie miałem... Czy widzieliście moje dzieciństwo? Szukam tych cudów w mej młodości Takich jak piraci i sny o przygodach O podbojach i królach na tronach... Zanim mnie osądzicie Spróbujcie naprawdę mnie pokochać Spójrzcie w wasze serca, a potem spytajcie Czy widzieliście moje dzieciństwo?. Poczułam jak w oczach zbierają mi się łzy, nie potrzebnie tak na niego naskoczyłam. Nim się obejrzałam, zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do Michaela i się w niego wtuliłam. Myślałam, że mnie odepchnie on wręcz przeciwnie przyciągnął mnie do siebie, i cicho zaszlochał.
- Tak strasznie cię przepraszam Angie.
- Nie to ja cię przepraszam, wiem,
że jestem wredna- spuściłam głowę.
- Angie chce by było jak
przedtem- odparł.
- Ja też.
- Powiedz, mi, dlaczego tak
się zmieniłaś- poprosił.
- Nie mogę, ale robię to dla
twojego dobra. Proszę zaufaj mi.
- Nie chce cię stracić-
rzucić.
- Michael, masz Lisę, dwójkę
cudownych dzieci.
- Ale to nie są moje dzieci
Angie. A Lisa nawet nie chce słyszeć, nic o dzieciach, a ja nie będę całe życie
młody. Do tego wiesz, że ona zabroniła im mówić do mnie tato. Mają zwracać się
do mnie wujek Michael- odparł a w jego oczach zalśniły łzy.
- Jeszcze będziesz miał
trójkę cudownych dzieci.
- Dlaczego trójkę?
- E tak mi się powiedziało-
machnęłam na to dłonią.
- He he, piękna noc czyż nie-
spojrzał w górę. Na niebo, które dało się zobaczyć za koron drzew. Gdzie dało
się zobaczyć, wielką srebrzystą kulę wychodzącą za czarnych gęstych chmur.
Jak na zawołanie niebo zrobiło się czyste i nie było śladu po ciemnych chmurach,
dzięki czemu mogła oświetlać niektóre zakamarki ziemi, no i twarz mojego
towarzysza, który w świetle księżyca wydawał się bardzo atrakcyjny.
Patrzył na księżyc z uśmiechem, kiedy ja wydukałam:
- Nie zmienisz się w wilkołaka prawda?- On słysząc to zachichotał i
spojrzał na mnie czule.
- Nie a dlaczego przyszło ci takie coś do głowy?- Mówiąc to uśmiechał się
szeroko. Odgarnęłam głosy do tyłu i głęboko westchnęłam: Zapowiada się
przemowa- dodał i wybuchnął śmiechem.
- No wiesz ogląda się TV a tam zmieniłeś się w niezłego wilczka, panie
Jackson- Michael pokręcił rozbawiony głową wtedy dodałam: - a ja nie chcę skończyć,
jako twoja kolacja.
- Zmiłuje się nad tobą.
- Boże słyszałeś? Ten kanibal się nade mną zmiłuje… zaraz czy ty
przypadkiem nie jesteś wegetarianinem?- Pokiwał głową nie przestawiając
chichotać.
- Jestem- odparł dumnie.
- Boże to kanibal, który jest wegetarianinem! To jeszcze gorsza wersja, …
czego człowiek jeszcze nie wymyśli- mruknęłam- To nie ma sensu!
- Wiem.
- To, dlaczego się śmiejesz?
- z twojej głupoty- trzepnęłam go delikatnie w głowę, po czym nieśmiało się
do niego uśmiechnęłam.
- Michaelll?
- Takkk?
- Mam taką nietypową prośbę?
- Już się boje.. Ale raz się żyje.
- Nie, nie przelecę cię w lesie.
- Ulżyło mi.
- haha.
- Mogę się przytulić- mówiąc to rumieniec oblał moja twarz. Michael pokiwał
głową i przyciągnął mnie do siebie. Usiadłam przed nim i położyłam głowę na
jego klatce piersiowej. Michael przytulił mnie w pasie, i położył głowę na moim
ramieniu.
- Ta chwila może trwać wiecznie- wyszeptał.
- Zgodzę się- mruknęłam.
- Co ty na to, że jak wrócimy to zrobimy sobie biwakowanie.
- O ile Lisa pozwoli.
- E tam..
- Nie chcę byście przeze mnie się kłócili.
- Ona zawsze znajdzie wymówkę, z resztą nie wiem czy nadal mnie kocha-
nagle posmutniał.
- Dlaczego tak uważasz.
- Ostatnio powiedziała, że mnie nie kocha- wyznał.
- Na pewno powiedziała to w złości- chciałam go pocieszyć.
- Mam taką nadzieję.
- spokojnie- uśmiechnęłam się do niego. Byłam zaskoczona, tutaj chce mnie
od niego odciągnąć a tutaj mówi mu takie słowa. Ach te gwiazdy. Nie mam do tego
głowy.- Zabawne a mi kazała to zakończyć- powiedziałam. A dopiero po chwili
dotarło do mnie, że powiedziałam to na głos.
Przepraszam za taką długa nieobecność co do tego opowiadania, teraz biorę sie za pisanie i nie ma zmiłuj.
Dziś bez wstępu do 5 rozdziału, zapraszam do czytania:
Całą
trójką udaliśmy się do kuchni. Rose przez całe śniadanie milczała i patrzyła
sie w jeden punkt, współczułam jej jest taka młoda a już walczy o życie,
zabawne jest to, że ja w jej wieku zamiast cieszyć się życiem chciałam wskoczyć
pod jadący pociąg, gdyby nie mężczyzna siedzący obok, mnie i dzióbiący w
talerzu, to by mnie nie było. Zerknęłam ukradkiem na Rose, po jej policzku popłynęła
jedna łza, a we mnie od razu zebrał sie smutek. Czułam sie dość niezręcznie,
gdyż zawsze było tu wesoło a teraz wszyscy jedli ze spuszczonymi głowami, nawet
dzieciaki.
- Tatusiu, kiedy mamusia wraca?- Powiedziała Riley
odkładając wiedelec.
- Za moment do niej zadzwonię i się dowiemy dobrze?- Pokiwała
głową.- Przepraszam na moment- wstał i odszedł od stołu. Szczerze nie chciałam
by wracała, będę musiała zakończyć moją znajomość z Michaelem. Rose odłożyła
talerz i mruknęła:
- Dziękuje, ale nie jestem głodna- wstała od stołu i poszła
na balkon. Tiff, ukryła twarz w dłoniach, a ja rzuciłam do dzieciaków:
- Jak zjecie to idźcie sie ubrać, To pouczymy sie trochę,
co Riley?
- Tak..
- A ja?- Spytał wybrudzony Ben.
- A ty jesteś brudny- wytarłam go chusteczką- Jak będziesz
chciał to pouczysz sie z nami.
- Okej.
- Idę pogadać z Rose- wyszeptałam Tiff na ucho. Pokiwała
głową, lecz milczała dalej. Podeszłam do drzwi balkonowych wtedy usłyszałam
ciche szlochanie. Weszłam na balkon i podeszłam do Rose.
- Hej nie płacz- położyłam jej dłoń na ramieniu, wtedy
spojrzała na mnie zapłakanymi oczami- Wszystko się ułoży.
- Nic się nie ułoży!
- Rose.
- Ja umieram Angie! Umieram- dodała, spuszczając głowę.-
Jestem taka młoda wiesz, że moim jedynym marzeniem jest iść na bal maturalny,
ubrać piękną suknię, i chociaż przez chwilę być zwykłą dziewczyną. Zapomnieć o
chorobie- mówiła to a w jej oczach zalśniły kolejne, łzy, ja zagryzłam wargę by
się nie rozpłakać.
- Rose jeszcze wiele cudownych chwil przed tobą- chciałam
ją podnieść na duchu. Boże ile ja bym dała żeby ona była teraz uśmiechnięta.
- Angie ja mam plany. Chciałam iść na studia, potem znaleźć
jakąś super pracę by potem założyć rodzinę- spuściłam głowę. Kiedyś miałam
takie same marzenia. Nie spełniły się przez to, co wydarzyło sie w moim życiu.-
Ciekawe, jakie to uczucie mieć małe dziecko na rękach i usłyszeć słowo
"ma-ma" jak myślisz?- Spojrzała na mnie.
- Na pewno cudowne- no i się stało po moim policzku popłynęła
łza.- Rose nie załamuj się. Twoje życie będzie cudowne.
Zerwała sie z miejsca i podeszła do balustrady.
- KŁAMIESZ! Jak moje życie ma być cudowne, skoro za nie
długo się skończy?
-...- Milczałam nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Usiadłam
na huśtawce ogrodowej. Ukryłam twarz w dłoniach i po prostu rozpłakałam się. To
było takie niesprawiedliwe, powinnam to ja umierać a nie ona! Ja nie mam, po co
żyć, a ona ma. Jest taka młoda, ja sie już nażyłam się, to ja powinnam być na
jej miejscu.
- Powinnam cie wspierać, a zamiast tego tutaj płaczę- dodałam,
zaśmiałam się przez łzy.
- To moja wina.. Hej, nie płaczemy.
- To powinna być moja kwestia-
wyszeptałam.
- Normalnie jak z dzieckiem- zachichotała,
chociaż udało mi się poprawić jej humor.- Chodź, dzieciaki czekają.
Wstałam i razem z Rose weszliśmy do
środka, Michaela nadal nie było. Byłam strasznie zdenerwowana, co jeśli
pojechał po Lisę? Boże Angie ogarnij się.
***
Kilka dni później, Lisa z niewiadomych
powodów, oznajmiła z nikąd, że Danny postanowił wsiąść dzieci na Hawaje i mam
czas dla siebie, a ja, co nie umiałam znaleźć dla siebie miejsca. Michael też
się zrobił jakiś dziwny, nie miał czasu a gdy chciałam z nim pogadać zbył mnie.
Za to Rose otworzyła się i po jednym dniu byłyśmy sobie bardzo bliskie.
Obiecała mi, że postara się Cieszyc z życia, dziś jest u koleżanek, a ja
siedziałam sama u siebie w pokoju czekając, na jaki kol wiek cud. Czekałam, na
jakie kolwiek słowo Michaela, ale z drugiej strony cieszyłam się, Lisa wreście
będzie szczęśliwa z resztą Michael też.
- Angie?- Nagle usłyszałam głos, za którym
tęskniłam. Spojrzałam w stronę drzwi i zobaczyłam Michaela- Mogę? - Wskazał na
łóżko.
- To twój dom- mruknęłam obojętnym głosem.
- Przepraszam, ze ostatnio zachowywałem się
jak dupek.
- Coś jeszcze?- Zapytałam. Podszedł do
mnie i rzucił:
- Nie bądź zła.
- Nie mam, o co..
- Angie.
- Tak powinno być od zawsze. Jestem tylko
twoim pracownikiem.
- Nie jesteś tylko pracownikiem, tylko...
- tylko?
- przyjaciółką, przepraszam, po prostu
jestem załamany - spuścił głowę.
- Michael tak będzie lepiej- mruknęłam i
spojrzałam przez okno.
- Tak nie będzie lepiej Angie, po prostu
dociera do mnie coś, co nie powinno dotrzeć- odparł.
- Niby, co?
- Angie, gdy poznałem cię jak miałaś 16
lat to..
- Michael?- W pokoju zjawiła się Lisa.
- Tak Lise?
- Chodź, nie chcę siedzieć sama- wyciągnęła
w jego kierunku rękę.
- Pogadamy później.- Spojrzał na mnie, ja
jednak nie umiałam wytrzymać z nim kontaktu wzrokowego i odwróciłam głowę
patrząc na dywan.
Michael westchnął, i ze spuszczoną głową wyszedł. Lisa podeszła do
mnie, gdy jej mąż opuścił mój pokój i rzuciła:
- Dobra decyzja, więc jednak potrafisz
myśleć- zaśmiała się chytrze i wyszedł.
- Boże, czym ja sobie zasłużyłam na takie
traktowanie?- Spytałam się pod nosem, wtedy usłyszałam dzwonek mojego telefonu.
Dzwoniła Annie.
- Halo?- Rzuciłam.
- Nie uwierzysz, kto wrócił do Los Angeles.
- Oświeć mnie- mruknęłam.
- Natalie- wyprostowałam się- Nasza
Natalie, wraca, musimy się z nią spotkać.
- No raczej- uśmiechnęłam się sama do
siebie, humor trochę polepszył mi się.- A kiedy?
- Jutro.
- Okej, to pa- rozłączyłam się i wstałam,
postanowiłam przejść się po Neverlandzie, pogoda była piękna, trzeba to
wykorzystać. Wyszłam z pokoju, i miałam takiego nie farta, że wpadłam na
jakiegoś chłopaka.
- Hej.
- Przepraszam- rzuciłam.
- Nic się nie stało,
- wpadałam na ciebie- rzuciłam.
- Wiesz nie codziennie, takie ślicznotki
na mnie wpadają, więc jestem przeszczęśliwy- uśmiechnął się.- Boże gdzie moje
maniery Johny jestem.
- Angie- rzuciłam nieśmiało.
- Johny- z nikąd pojawił się Michael-
Angie. Co tu się dzieje?
- Miałem takie szczęście, że ta ślicznotka
na mnie wpadła- puścił mi oczko.
- Idę się przejść.
- Mogę iść z tobą?
- Może innym razem cześć- wyminęłam go,
schodziłam z schodów, kiedy usłyszałam głos Michaela.
- Angie, musimy porozmawiać.
- Chodzi o Riley?
- Nie.
- W takim razie, nie musze- przyśpieszyłam
kroku.
-, O co Lisie, chodziło z tą "podjęłaś
dobrą decyzję"?- Zatrzymam się nagle i spojrzałam na niego.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
- Angie Lily Margaret Castello!
- Skąd znasz moje pełne imię?- Oburzyłam
się- a no tak papiery.
- Wiem, że cos ukrywasz i moja żona
wtykała w tym palce. Nie zdziwiłbym się wcale gdyby tak było.
- Nie ufasz jej?
- Ufam, ale wiem, że jest w stanie zrobić
wszystko by się kogoś pozbyć. Mów, o co chodzi- rzucił surowo. Pierwszy raz go
takiego widziałam.
- Przepraszam Michael, ale nie mogę-
wyszłam na zewnątrz. Nie chciałam być kapusiem.
- Dlaczego?
- Michael są rzeczy, o których nie musisz
wiedzieć- popatrzyłam na niego- Uwierz, że tak będzie dla ciebie lepiej.
- Nie będzie...
- Będzie.
- Angie do jasnej cholery, o co ci
chodzi?- Spytał.
- Za nie długo się dowiesz robię to,
dlatego byś był szczęśliwy.
- Będę szczęśliwy, gdy będę wiedział, o co
ci chodzi- złapał mój podbródek- Chce wiedzieć.
- Michael ja..- Spuściłam głowę.
- Tak Angie?- Spytał z nadzieją.
- Przepraszam- uciekłam, łzy połyneły po
moich policzkach. Miałam wszystkiego dość. Nawet nie zauważyłam, kiedy
znalazłam się koło magicznego drzewa Michaela. Usiadłam pod nim, i podkuliłam
nogi, i przyciągnęłam je do siebie.
***
- Natalie- rzuciłam się mojej dawnej
przyjaciółce w ramiona.
- Angie! Annie, jak ja się stęskniłam- uśmiechnęła
się szeroko.
- Nie tylko ty.. Opowiadaj, co słychać w
Monte Carlo?
- Oh, dużo tego, będę mieć męża, same
rozumiecie.
- więc wrócisz tam?- Spytała Annie.
- Muszę czeka tam na mnie Antonio.
- Oh.. Poznasz nas z nim?- Zapytałam z uśmiechem.
- Się wie... O jacie czy to Michael
Jackson!- Odwróciłam się i zobaczyłam Michaela.
- Co tu tu robisz? Do tego bez ochrony?
Nie śledziłeś mnie prawda?!- Spuścił głowę.
- Musze z tobą pogadać.
- Nie mamy, o czym, Michael proszę, zaraz
będziesz w kawałkach.
- Zrobisz mi coś.
- Nie ja- brodą wskazałam na coraz większą
grupę gapiów.
- Kurcze.
- Tak, cholera. Dziewczyny- zawołałam je. Podeszły
do nas, oczywiście Natalie mierzyła Michaela wzorkiem od dołu do góry.
- Co jest? Oszalałeś chyba.
- Dla Angie się opłaca.
- Nie zwalaj tego na mnie- mruknęłam
zirytowana, był nierozważny, i musiał znów zepsuć mi humor.- Spotkamy się,
kiedy indziej, okej.
- Nie, możecie pogadać w Neverlandzie-
rzucił Michael- popsułem to spotkanie, więc.
- Spoko.
- Dobra spotkajmy się na łące za centrum,
a teraz chodź- chwyciłam go za rękę, i w jednej chwili wybiegliśmy z kawiarni i
ile sił w nogach staraliśmy się zgubić tłum, który postanowił za nami pędzić.
- Nigdy więcej nie idę do centrum.
- Możliwe, jeśli nas złapią, to naprawdę
nie pójdziesz- mruknęłam, gdy ukryliśmy się, w księgarni.- Co strzeliło ci do
głowy i za mną poleźć, co?
- Nie chciałaś ze mną gadać, to jakoś
musiałem się dowiedzieć, o co chodzi. Lisa mówi, że nie chodzi o nic ważnego.
- No to znasz odpowiedź.
- Ale wiem, że moja żona jest intrygantką
i jest zaborcza, nie chcesz wiedzieć, co zrobiła gdy widziała mnie z Karen-
obejrzał się czy nikt nie idzie.
- Co takiego?
- Wyszarpała ją za włosy, wyzywała dużo
tego- zaczął wyliczać, - więc..
- Po prostu..- Już zaczynałam, kiedy.
- Tu są!
- Cholera- wybiegliśmy z księgarni, i
pobiegliśmy przed siebie. Wybiegliśmy z centrum i pobiegliśmy do jego czarnego
Ferrari, wtedy odpalił. Jak się okazało już za nami jechali paparazzi.-
Cudownie!
- załóż to- podał mi okulary i maskę.
-, Po co to?
- Chcesz być w gazecie.
- Zapewne już będę, ale niech będzie-
założyłam okulary i maskę. Przez chwilę mieliśmy spokój jednak po chwili znów
te hieny nas dogoniły. Michael przyśpieszył, a ja zamknęłam oczy. " Boże
pozwól mi przeżyć".
- Umrę.. Umrzemy marnie- bełkotałam z
zaciśniętymi powiekami.
- Nikt nie umrze do cholery!- Odkrzyknął
Michael.
- Umrę... Ja nie chce umierać!
- Angie..
- Nie mogę umrzeć, nigdy nie byłam w
Wesołym miasteczku a co dopiero w Disneylandzie. Ja chce do Disneylandu!- Krzyknęłam
histerycznie.
- Angie nikt nie umrze- otworzyłam oczy i zorientowałam
się, że Michael wjechał w jakąś leśną dróżkę. Jechaliśmy, gdy nagle stanęliśmy.
- Co jest.
- Skończyło się paliwo.
- Nie zatankowałeś?
- Mówiłem sobie, że zatankuje, gdy będę
wracał- opadł, tak jak ja bezradnie na oparcie.
- Świetnie utkniemy tu.
- Nie utkniemy dzwonie po Billa- odparł,
wyciągnął telefon i rzucił : - Cholera tu nie ma zasięgu.
- No to po nas. Do Neverlandu jest jakieś
6 godzin stąd- mruknęłam .
- Wysiadaj.
- Po co?
- Nie będę do końca życia tutaj siedział,
przejdziemy się może ktoś nam pomoże- odparł.
- Świetnie, bo ja nie mam, co robić tylko błąkać
się z Michaelem Jacksonem, po lesie!- Warknęłam i wysiadłam.
- to nie moja wina.
- Jak nie twoja wina, jakbyś zatankował to
by tego nie było.
- Mogłem zapomnieć.
- A wiesz, co ci powiem, nie było by tego
jakbyś za mną nie pojechał- syknęłam i poszłam przed siebie.
- Gdzie idziesz?
- Daleko.
- Jakbyś mi powiedziała, o co chodzi, to
bym nie musiał jechać!
- cholera Jackson wiesz, co to znaczy
słowo NIE? Bo coś mi się wydaje, że nie- byłam na maxa, wkurzona. Świetnie,
będę się błąkać z Jacksonem po lesie, do póki jakiś pijak nas nie rozpozna i
nie dowali nam w łeb butelką.
Myślałam, że gorzej być nie może, jednak
usłyszałam jak grzmi a po chwili się rozpadało.- Jeszcze ty!- Wykrzyknęłam
oburzona patrząc w niebo.
- Hej, chociaż nie ma gradu- rzucił.
Spojrzałam na niego wściekle spuścił głowę i wydukał- Już się zamykam.
Po półgodzinie padało jeszcze mocniej, do
tego chciałam iść szybciej, bo Jackson mnie wkurzył i się poślizgnęłam i byłam
cała w błocie, on też gdyż chciał mi pomóc. Wielkie dzięki bohaterze. Godziny ciągnęły
się niemiłosiernie. Do tego dziewczyny.. Cholera, kazaliśmy czekać im przy
centrum. No to świetnie.
- Jesteś zła?- Zapytał spokojnie.
- Raczej tak.
- Angie.
- Michael.. Przepraszam- wydukałam. I spuściłam
głowę.
- Nie jakbym cie nie śledził, to by tego
nie było- zawstydził się.
- Dobra nie kłóćmy się- wyszeptałam.
- Jak myślisz, za ile dojdziemy?
- Za trzy dni. Pogubiliśmy się. Do tego
jestem zmęczona- odparłam.
- Chodź, wezmę cię na barana.
- Czego jeszcze? Dam radę iść.
- Jesteś pewna.
- Tak jestem pewna- uśmiechnęłam się
słabo.
- To nie ma sensu!- Wykrzyknął, po dwóch
godzinach.- Chodzimy w kółku już trzecia godzinę, do tego jest ciemno. I cały
czas leje- dodał.
- Michael musimy iść dalej.
- Angie czy to ma sens.
- Nie- rzuciłam.
- Popatrz tam jest jakaś jaskinia,
prześpimy się i rano zdecydujemy, co dalej hymn?
- Ta pewnie idźmy do jaskini by niedźwiedź
nas zjadł- rzuciłam, zakładając ręce na piersiach, znów zrobiłam się złośliwa,
ale to wszystko przez zmęczenie.
- To wymyśl coś lepszego- mruknął.
Patrzyłam na niego w ciszy i rzuciłam:
- Dobra niech ci będzie, ale nie chce być
zjedzona przez niedźwiedzia.
- Będę cię bronił chodź.
Złapałam go za rękę i podążyliśmy w
kierunku danej jaskini. Michael zajrzał go środka, a gdy okazało się, że nie ma
tam " żadnego niedźwiedzia, który by nas zjadł" ani nic w tym stylu, zawołał
mnie do środka,
- Zimno mi- odparłam przyciągając do
siebie nogi.
- Czekaj zaraz rozpalę.
- Umiesz?
- Byłem kiedyś harcerzem!- Pochwalił się, zaśmiałam
się. Jak się okazało naprawę potrafił rozpalić. Przy małej pomocy, zapałek.-
Widzisz dałem rade.
- Tak a zapałki ci tylko troszkę pomogły.
- No właśnie.
Zachichotaliśmy i popatrzyliśmy w ogień.
- Jak myślisz będą nasz szukać- pierwsza nawiązałam
z nim kontakt wzrokowy. Spojrzał na mnie i rzucił:
- Mam nadzieję, że tak.
- Przeżyjemy prawda?
- Tak.. Tego jestem pewien.
- Pomyśleć, że nie było by nas teraz tutaj
gdyby nie paparazzi.
- Cieszę się, że tu jesteśmy, bo chociaż
znów mogę zobaczyć twój piękny uśmiech. I mogę z tobą pogadać.
Uśmiechnęłam się nieśmiało i rzuciłam:
- Mimo wszystko też cieszę się, że to tak się
skończyło- położyłam głowę na jego ramieniu- Mam nadzieję, że jutro wszystko
wróci do normy.
- Ja też Angie.. Ja też.
No i jest kolejna. Następna część za tydzień. Do zobaczenia :)
Hej na początku chciałbym, powiedzieć, że notka Liberian Girl pojawi sie w sobotę, a co do bloga Another Story muszę spobie zrobić małą przerwę, chce by kolejna notka była bardzo długa, i jakoś się składała, a nie. Więc jak cos to jeszcze dam znać kiedy pojawi się tam nowa, a na razie zapraszam na nową Don't Walk Away.
- Tu się schowałyście- na taras wszedł uśmiechnięty Michael- Mam
nadzieję, że nie nagadałaś nic Rose na mój temat, co ją do mnie
zniechęci-dodał, opierając się o balustradę plecami.
- Jaaaa? Nie no coś ty- rzuciła, na co
zachichotałam. Michael spojrzał wzrokiem typu, Na serio. Gorzej niż z
dzieckiem".- Hej.
- No, co- wzruszył ramionami zerkając na
mnie- Nie chciałbym stracić takiej osoby jak Rose- patrzył wprost moich oczu,
przez co zawstydziłam sie nieco.
- Ja też bym nie chciałabyś stracił-
wyszeptała wesoło. " Ludzie przestańcie"- błagałam w myślach.- Do
końca życia będziesz miał mi za złe, tamtą dziewczynę?- Zapytała. Usłyszałam
jak Michael głośno wzdycha, więc popatrzyłam na niego.
- Dziwisz mi się. - Rzucił.
- Michael nie wiem, o co chodzi, ale
zapewniam Cię, że twoja mama chce najlepiej dla ciebie- wtrąciłam.
- Oooo- rzuciła, na co Michael
zachichotał.
- Ach ta damska solidarność- pokręcił
głową.
- Ja ci dam damska solidarność- wystawiłam
mu język.- Ty, ty..
- no, co?- Uśmiechnął się szeroko.
- Niech cię szlag!- Zachichotał, i
przygryzł wargę. Był uroczy, gdy to robił.
- Mamo możesz zostawić nas na chwilę
samych?- Spytał. Mama Michaela pokiwała głową i wyszła. A on powoli do mnie podszedł.
- Co pan knuje, hymn?- Zapytałam
zakładając nogę na nogę.
- Nic.
- Wcale.
- No wcale, po prostu chciałem ci
podziękować- odparł. Spojrzałam na niego zaskoczona, więc dodał- Za to, że no
wiesz, pomogłaś mi przejrzeć na oczy.
- Na długo?- Spytałam, a on spuścił głowę-
Wiedziałam. Tylko wyjadę a ty znów jej na to pozwolisz- dodałam.- Dlaczego ty
na to pozwalasz?
- Rose jestem do tego przyzwyczajony.
Przez całe moje życie, ludzie udawali moich przyjaciół a tak na prawdę chodziło
tylko o jakieś kontakty czy o kasę. Jestem po prostu przyzwyczajony- odparł
smutno.
- Michael, skoro przez całe życie,
pozwalałeś na to to...
- Nie chce narzekać i- wtrącił.
- Ale masz prawo! Jesteś tylko i wyłącznie
człowiekiem. No może jesteś mistrzem w tworzeniu takich tekstów czy tańczeniu,
ale to nie oznacza, że jesteś maszyną. Masz prawo do okazywania swoich uczuć
tak jak mają na to prawo pozostali ludzie. To, że jesteś sławny nie powinno
skreślać, tego, że niby nie możesz narzekać albo mówić tego, co czujesz. Nie
mówię, żebyś zachowywał się jak arogancki dupek, bo oberwałbyś ode mnie, ale
nie pozwalaj innym na to. Nie zasługujesz, na takie rzeczowe traktowanie.
Dlatego nigdy nie będę chciała być sławna- wyszeptałam.
- Wiesz, 3/4 społeczeństwa, z jakim się
zadaje przyjaźnią się ze mną tylko dla sławy- szepnął.- Nigdy nie spotkam kobiety,
która mnie szczerze pokocha.
- No właśnie, Michael spójrz na mnie- wzięłam
jego ręce w swoje i spojrzałam w tą parę pięknych oczu. - Kiedyś spotkasz jakąś
cudowną kobietę, która będzie kochać cię za to, jaki jesteś, będziecie mieć
dzieci i wszystko się ułoży- dotknął mojego policzka, lecz milczał- Będziecie
cudowną rodziną, będziecie szczęśliwi- i on i ja mieliśmy łzy w oczach- Może
jak kiedyś będziesz miał córeczkę lub syna będzie miał twoje oczy.
- Myślisz.
- Taa.. Lepiej, żeby miało oczy i wygląd
po tobie niż charakter- wybuchliśmy niepohamowanym atakiem śmiechu.
- Dziękuje Rose- pocałował mnie w
policzek- Bardzo ci dziękuje- dodał.
- Nie dziękuj- speszyłam się. Cały czas
patrzyliśmy się w swoje oczy. Teraz zgodzę się z innymi osobami był odurzający
i czarujący. " I on nie miał by nie mieć kobiety"- prysnełam w
myślach.
- Nie przeszkadzam- na taras wróciła mama
Michaela tym razem z Janet.
- Nie- rzuciliśmy i oderwaliśmy się od
siebie. Michael chciał coś dodać, ale zadzwonił do niego telefon. Wyciągnął go
z kieszeni i mruknął:
- Madonna? Poczekaj chwilę.. Za chwilkę
wracam- zwrócił się do mnie. Pokiwałam głową i odwróciłam wzrok. Już wiedziałam,
dlaczego mówiło się, że na złamane serce dobra jest nowa miłość.
- ładnie razem wyglądacie- odparła pani
Katherine, słysząc to strasznie poczerwieniałam i zrobiło mi się duszno-
wszystko w porządku.
- Taaaaaaak- przeciągnęłam.
- w jak najlepszym- zaćkierkała Janet, na
co zachichotałam- Ciekawe, czego chce od niego Madonna?
- Może chce sie z nim umówić.
- Lepiej, żeby tak nie było- odparła.
- Czemu?
- Madonna to żmija, nie można jej zaufać.
Do tego jest zobczona, ludzie nie wyobrażam sobie jej i mojego brata- wzdrygnęła
się, na co zachichotałam.
- No wiesz, Jan na złamane serce dobra
jest nowa miłość.
- Ty mnie nawet nie wkurzaj.
- Serce nie sługa nim się obejrzysz a
zostaniesz ciocią słodkich małych dzieciaków.- Chichotałam, na co Janet
spiorunowała mnie wzrokiem.
- Niech tylko spróbuje, a go własno
ręcznie ukatrupię.
- Kogo?- Wkroczył z telefonem na taras.
- Nie waż robić sobie z nią dzieci?
- C-co?- Zająkał się zaskoczony.
- Oh nie mów, co nie waż sie robić z nią
dzieci zabraniam ci-waliłam pięścią w moje kolano wyjąc z śmiechu. To wyglądało
komicznie.
- Ale, z kim?
- No kurde, z kim, no z Madonną- warknęła.
- Bleee- wzdrygnął się, na co jeszcze głośniej
sie zaśmiałam.- Jak mogłaś pomyśleć, że my?.. blee.
- Dobrana z was była by parka- rzuciłam.
- Ja ci tam ty mała intrygantko- podszedł
do mnie i zaczął łaskotać.
- Mi..Michael...Prze..przes...Przestań.. No
już..
- pocierp teraz za to, co powiedziałaś.
- Byłam grzeczna.
- A ja jestem Tom Cruise..
- O to jesteś mega przystojny- przestał na
chwilę.
- Podoba ci się?- Spytał unosząc wysoko
jedną brew.
- A komu by się nie podobał.
- Zgadzam się- rzuciła Janet spojrzał na
swoja matkę, która przytaknęła.
- Co wy w nim widzicie- odsunął sie i
usiadł po turecku.
- Jest słodki, utalentowany...
-a ja?
- a co jesteś zazdrosny- poruszyłam
chytrze brwiami, spłonął rumieńcem i wydukał.
- Pytania nie było.
Słysząc to zaśmiałam się iście diabelsko,
na co spojrzał na mnie zdziwiony.
- Obudziłem diablicę.
- hehehehe.
- O zlituj się sie nade mną i nic mi nie
rób..
- Jak będziesz grzeczny- uśmiechnełam się-
to, czemu by nie- dodałam przygryzajac wargę, na co uśmiechnął się szeroko.
- Nie wiem czy nie zaryzykować.
- Oh Jackson to zależy tylko i wyłącznie od
ciebie- wyszeptałam- A gdzie La Toya?
- Pojechała po jakieś ubrania dla ciebie-
wymamrotał.
- CO?
- No, bo zostajesz, tu no i poprosiłem ją
by pojechała do centrum kupić ci kilka rzeczy.
- Nie zgadzam sie, nie będziesz wydać na
mnie pieniędzy i wysyłać biedną Toyię do sklepu.
- Wiesz Rose sklepy to żywią La Toyi- wtrąciła
Janet.
- trudno, nie chce żadnych rzeczy- warknęłam
i wyszłam z tarasu.
- Nie bądź uparta.
- Właśnie, że będę!
- Rose w czymś musisz, spać i chodzić na
codzień, no chyba, że wolisz chodzić nago- rzucił.
- w twoich snach..
- Rose.
- Nie chce byś wydawał na mnie pieniądze-
usiadłam na sofie podkulając nogi- Ja lubię cie o tak, nie dla kasy.
- Wiem..- Pogłaskał mnie po policzku- to
znaczy, że mnie lubisz?
- Nom.
- A jestem przystojniejszy od Toma, Cruisa?-
Słysząc to wybuchłam niepohamowanym atakiem śmiechu, nie ma, co jest zazdrosny.
No sam Michael Jackson jest zazdrosny, o mnie?! Boże, to naprawdę koniec
świata. Pokiwałam głową, na co usłyszałam ciche " Yeah" i
zachichotałam.- O ile.
- Tysiąc razy.
- Jupiii- zaklaskał w dłonie.
- Zazdrośnik- mruknęłam pod nosem.
- Mówiłaś coś- spojrzał na mnie rozbrajając
mnie.
- Nie- pokręciłam z uśmiechem głową- Nic
nie mówiłam.
- Jej powiedziałaś, że jestem
przystojniejszy- powtórzył.
- No już nie zachowuj sie jak paw.
- Ja? Jak paw? Nie...
- Na pewno- zadrwiłam.
- Co nie wierzysz mi?
- Panie wielki, niech pan nie zaczyna
okej- mruknęłam.
- Jestem dla ciebie wielki?- Poruszył
zabawnie brwiami.
- Może, kto to wie.
- Ty.
- I tak ci nie powiem, więc spadaj.
- Nie..
- Ach- opadłam bezsilnie na łóżko. On
siedząc przy szafce widząc moją bezradną minę uśmiechnął się, po czym zaśmiał
sie głośno.- Rozwalasz mój system.
- Wiem- wyszczerzył się.
- chociaż tyle dobrze- do pokoju weszły p.
Katherine i Janet.
- My sie przy was nachodzimy- zachichotała
mama MJ.
- No widzisz Michael zajmij sie swoimi
gośćmi, a mi daj żyć.
- Nie- zaśmiał się chytrze.
- Boże- wypuściłam powietrze z świtem.
- Co wam tak wesoło?- Z nikąd pojawiła się
Rosario.- Jeszcze nigdy wie widziałam, by Michael tyle razy się uśmiechał.
- To Rose tak dobrze na mnie wpływa.
Dzięki niej będę długo żył.
- Ale będziesz miał pełno zmarszczek-
wtrąciłam, siadając po turecku.
- Już mam.
- No tak zapomniałam, że za niedługo
stuknie ci setka.
- Rose.. Mogę do ciebie mówić kruszynko,
albo księżniczko lub dziewczynko?
- Boże, jakie zachcianki jak chcesz, to
okej.
- No to będziesz moją małą księżniczką-
wyszeptał spoglądając na mnie z ukosa.
- Okej...
***
Dzień u boku Michaela szybko leciał, nim
sie obejrzałam a był już wieczór. Z powodu jak było ciemno Michael zaproponowałby
jego siostry i mama, zostały na noc, po długich namowach zgodziły się. Podczas
gdy one szykowały sie do spania, ja usiadłam obok Michaela przy kominku
słuchając jego melodyjnego głosu, podczas czytania przez niego książkę. Czas na
chwile stanął, było tak miło i co chwila uśmiechaliśmy się do siebie, a gdy
Michael skończył rzuciłam:
- Szkoda, że tak sie skończyła.
- Czasem tak jest- odparł i odłożył
książkę.
- szkoda- przeciągnęłam się i ziewnęłam.
- Komuś sie oczka kleją- zachichotał.
- Nie, prawda- szczerze nie wiem, jakim
cudem jeszcze odpowiadałam skoro miałam zamknięte oczy. Nagle poczułam jak moje
ciało odrywa się od podłoża i sie unosi, otworzyłam oczy i spojrzałam na uśmiechniętego
Michaela- Hej postaw mnie.
- Ledwo, co odpowiadasz, nie dasz rady
dojść, sama
- Dam.
- Jesteś wykończona, musisz odpocząć.
- Ale mam swoje nogi- zaplotłam palce
wokół jego szyi- Masz ładne perfumy.
- I zaczęłaś bredzić- nie wiem, po co to powiedział,
ale oberwał za to delikatnie w nos.- Już nic nie mówię.
- No i dobrze-wtuliłam sie w niego.
- Wygodnie ci?
- O tak.
- To może położę cię koło siebie.
- Chciałbyś- mruknęłam w jego koszulę.
- Hehehe.- Poczułam jak kładzie mnie, po
czym siada obok.- Chciałabyś kąpiel czy uśniesz w wannie?
- Nie usnę i o ile to nie problem, to
kąpiel miła by teraz była- spojrzałam na Michaela wgapiającego sie we mnie, po
czym zerwał sie nagle i poszedł do łazienki
Po chwili wrócił i odparł, że mogę już
iść, i dał mi piżamę. Rzucił jeszcze dobranoc i wyszedł. Przeciągnęłam się
jeszcze raz i ruszyłam w kierunku łazienki, gdzie unosił się piękny zapach
kwiatów, wciągnęłam go i uśmiechnęłam sie do siebie szeroko.
***
Po skończonej kąpieli, która ożywiła mnie,
nieco, ubrałam piżamę i wróciłam do pokoju. Na łóżku leżała, mała karteczka.
Podeszłam do łóżka i wzięłam kartkę w obydwie dłonie.
"Droga Rose.
Jakbyś czegoś potrzebowała to jestem
zawsze do twojej usługi. Będę u siebie w sypialni.
Jeszcze raz dobranoc.
Michael."
Uśmiechałam się sie do siebie, był uroczy i taki opiekuńczy, cały
czas zastawiałam sie jak Brooke może go tak traktować. To nie do pomyślenia.
Nagle usłyszałam grzmot, gdzieś koło Nibylandii, i włosy stanęły mi dęba, i zadrżałam.
Podbiegłam do okna, i spojrzałam przez nie, z ogromnym niepokojem odkryłam, że
niebo jest strasznie pochmurne i od czasu do czasu grzmi.,, Tylko nie płacz
Rose"- rozkazałam sobie. Od dziecka się bałam burzy, lecz wtedy mogłam pobiec
do taty, który zawsze mnie uspokajał, jednak po jego śmierci lęk, się nasilił.
I było jeszcze gorzej, postanowiłam jednak nie panikować, wsunęłam sie pod
ciepłą kołdrę i przykryłam po same uszy. Znów usłyszałam grzmot, i zaczęłam mimowolnie
płakać, nie wytrzymałam. Rzuciłam kołdrę na bok, i wstałam. Szybko wybiegłam na
korytarz pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie to Michael. Szłam
powoli, rozglądając się dokoła. Korytarz, który za dnia wyglądał niesamowicie,
budził teraz grozę. W końcu na końcu korytarza, zobaczyłam duże podwójne drzwi.
Zapukałam, ale nikt nie odpowiadał, więc uchyliłam delikatnie drzwi i zajrzałam
do środka, wszędzie panował mrok. Mój wzrok powędrował, na ogromne łóżko z baldachimem,
na którym leżał Michael ubrany tak jak za dnia, "pewnie zasnął tak jak padł
pomyślałam. Podeszłam do niego i uklęknęłam koło łóżka.
Michael wyglądał strasznie niewinnie przez sen, przez co było żal
mi go budzić, no, ale trudno. Słysząc kolejne grzmoty, zaczęłam szlochać.
- Michael-potrząsnęłam jego ramieniem- Michael.
Otworzył zaspane oczy i spojrzał na mnie.
- Rose, co się stało- przetarł zaspane oczy- Płakałaś- stwierdził.
- Przytul.
- Chodź- przyciągnął mnie do siebie i otulił swoimi dużymi
ramionami. Głaskał mnie po włosach i starał się uspokoić.- Boisz się sie burzy?
Pokiwałam głową i jeszcze bardziej sie w niego wtuliłam, słyszałam
to miarowe rytmiczne teraz bijące w normalnym tempie serce, które uspokajało
mnie.
- Nie bawi cię to?
- Nie.. Każdy ma prawo by się czegoś bać.
- Ty się nie boisz- wytarłam mokre policzki.
- Boje sie wielu rzeczy- wyszeptał- Postaraj się sie zasnąć, będę
cały czas obok.
- Obiecujesz?
- Na własne życie...
***
Następnego dnia obudziłam się wyjątkowo dobrze wyspana. Leżałam
wtulona w Michaela, podczas gdy on bawił sie moimi włosami. Widząc, że sie
obudziłam, uśmiechnął się szeroko i rzucił:
- Witaj księżniczko.
- Cześć Piotrusiu- wyszeptała, wtulając się w niego jeszcze
bardziej.- Jak sie spało?
- Dobrze a tobie?
- Wyśmienicie- przeturlałam się-, o której będą dzieciaki?
- po 13.
- No to pora wstawać- mruknęłam.
- Pora wstawać- zaśmiał się.
- Czyli aż takim dużym leniuchem nie jesteś?
- A mam być?- Zachichotał chytrze.
- tylko spróbuj- mruknęłam. Zeszliśmy na dół, gdzie przy stole
siedziały dziewczyny oraz mama MJ.
- Dzień dobry- przywitałam się.
- Witajcie- uśmiechnęła się do nas miło.- Jak sie spało?
- Dobrze..
- To się cieszę, no Mickey to my już uciekamy- rzuciła Janet.
- Już?
- Nom, masz Rose, to miłego dnia.
Pożegnałam się z jego mamą i siostrami, i usiadłam przy stole,
podczas gdy on je odprowadził.
- Już jestem- usiadł koło mnie.
- Dziękuje- rzuciłam nagle.
-Za co?- Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Za to, że mnie nie wyśmiałeś, tylko zrozumiałeś.
- Nie masz mi, za co dziękować- uśmiechnął się sie do mnie. Przez
resztę śniadania nie odzywaliśmy się, do siebie, a gdy w końcu przyjechały
dzieci, nie odstępowały go na krok. Czułam się trochę nie swojo, lecz dzieci
szybko wciągnęły mnie w wir zabawy, i tak oto znów spędziłam pełny dzień
wrażeń, w krainie, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie można, być sobą, i gdzie
nigdy sie nie dorasta.
"Bądź moją Wendy, kochanie. Ja będę twoim Piotrusiem Panem Razem możemy uciec tam gdzie jest Nibylandia"
Postanowiłem , że te notki specialne będą pod nazwą Don't Walk Away. Jak będziecie chciały to wtedy bym zrobił, że raz by pojawiała sie nowa z Liberian Girl a raz z tego. Dziś notka o Rose i o Michaelu, gdyż mam notkę na Liberian Girl , ale jest strasznie krótka i chciałbym ją dopracować, no chyba, że chciałybyście, to wrzucę jutro, wieczorem.
Teraz zapraszam.
Czułam
ciepło bijące od jego osoby. Nie chciałam się od niego odrywać. Czułam sie tak
bezpiecznie, tak dobrze. Taka kochana. To była jak chwila spokoju od
codzienności. Smutnej codzienności. Zrozumiałam jedno, pomimo iż go nie znam
mogę mu ufać i mogę na nim polegać. Owszem nie zaufam mu od razu, ale jeśli
będzie chciał otworzę sie trochę. Nagle poczułam jak Michael palcami drapie
mnie po plecach od razu odskoczyłam. Przechodziły mi wtedy dziwne dreszcze i
zaczynałam się chichrać. Michael chyba pomyślał, że zrobić coś nie tak, bo
posmutniał jeszcze bardziej.
- Mam łaskotki- spojrzał na mnie- to znaczy, już od dziecka
tak miałam, że jak ktoś mnie tak drapie po plecach, to tak dziwnie się czuje- odparłam,
na co zachichotał- Nie smutaj się. No już, bo oberwiesz- uśmiechnął się raczej
kwaśno.
- Nie potrzebnie zawracam ci głowę- wyszeptał i spuścił
głowę.
Obróciłam się na pięcie i poszłam przed siebie, po
chwili usłyszałam jego krzyk za moimi plecami, a po chwili odwrócił mnie w
swoją stronę.
- Rose.
- Czego?!
- Ja..
- Chcę wracać do domu- mruknęłam.
- Nie..
- Słucham?
- Nie pojedziesz- powiedział stanowczo.
- A co będziesz mnie tu przetrzymywał siłą?- Zaśmiałam się
z drwiną- Mam gdzieś, co myślisz.
- Przecież było tak miło.
- Było czas przeszły- znów zaczęłam iść.
- Wiem, że wszystko spieprzyłem i- zaczął, lecz postanowiłam
mu przerwać.
- Po jaką cholerę mnie ratowałeś?!- Naskoczyłam na niego.-
Chciałeś udawać jakiegoś bohatera? Proszę udało ci się Rose żyje, dzięki tobie.
Mogę iść do gazet i powiedzieć, Michael Jackson uratował głupią dziewczynę- warknęłam,
a po jego policzku spłynęła łza. Chciałam coś dodać, ale przyciągnął mnie do
siebie. Na początku się szarpałam, a po chwili uspokoiłam- Puść mnie.
- Nie.
- Jackson, bo zaraz pożałujesz, że się urodziłeś-
spojrzałam na niego z zaszklonymi oczami on też miał zaszklone.
- Trudno, zaryzykuje, dla takiej dziewczyny jak ty się
opłaca.
- Takiej walniętej.
- Postrzelonej, w dobrym tego słowa znaczeniu- zaśmialiśmy
się przez łzy.- Mądrej, inteligentnej, pomocnej, lojalnej i czułej.
- Nie wiesz, jaka jestem- spuściłam wzrok.
- Ale chce wiedzieć. Proszę cię zostań tutaj.- Podniósł mój
podbródek i teraz znów patrzyłam w te piękne oczy.
- Naprawdę tego chcesz?- Spytałam speszona.
- Chcę, a teraz wracajmy- przytulił mnie i pocałował w
policzek. Objął mnie ramieniem i razem podeszliśmy do golfowego samochodu.
Jechaliśmy w ciszy, po czym podjechaliśmy pod piękny dom. Przed którym gościł
wielki zegar słoneczny oraz napis Neverland.
Czułam się jak w bajce, a raczej jak mała dziewczynka
prowadzona przez tatę, przez Disneyland. Nie Disneyland nie sięga Neverlandowi
do pięt.
- Rose- spojrzałam na uśmiechniętego Michaela.
- Tak?
- Co taka zamyślona jesteś?- Założył mi za ucho jedno pasmo
włosów, które wyrwało się z kucyka.
- Bo nadal do mnie nie dociera, że to dzieje się na prawdę,
to wszystko. To takie magiczne!- Wykrzyknęłam.
- Michael tu jesteś- podeszła do niego jakaś wysoka
blondynka. Pocałowała go w usta a potem spojrzała na mnie krzywo.- A ty to, kto.
- Rose Adams- wyszeptałam nieśmiało.
- Oh.. A Michael jest ci jeszcze do czegoś potrzebny- jak
usłyszałam jak się o nim zwraca ciśnienie mi się podniosło.- Bo chciałabym go
porwać. Mam pewne plany, co do niego.
- A Michael jest przepraszam rzeczą?- No i się stało. Oh z
temperamentem Rose Adams się nie zadziera. Palnęłam za nim ugryzłam się w
język.- Traktujesz go jak jakąś pieprzoną zabawkę.
- Nie wtrącaj się- mruknęła.
- Bo co?- Założyłam ręce na klatce piersiowej.
- Ty wiesz, z kim rozmawiasz?- Spojrzała na mnie wściekle.
- Z szanowną panią, Brooke Shields- oświadczyłam.
- No właśnie.
- Dla mnie jesteś tylko zwykłą aktoreczką- palnęłam-, która
traktuje innych jak zabawki.
- Michael każ jej odejść.
- A co ty jesteś jego panią, że mu rozkazujesz?- Syknęłam.
Spojrzałam na Michaela, stał z boku i uważnie słuchał tego, co mówiłam.
Miałam nadzieję, że coś jej odpowie, lecz on milczał.- Nie wiem,
jakim prawem tak go traktujesz, i dlaczego się nie odzywa, ale ja ci nie
pozwolę, na takie traktowanie. Masz go przeprosić, no, na co czekasz-
spojrzałam na nią jak na kosmitkę, Michael uśmiechał się pod nosem.
- Rose przestań.
- Nie chcesz, żeby traktowała cię jak nic.
- Jestem przyzwyczajony..
- No właśnie! Za dużo im pozwalasz. Nie jesteś zabawką ani
szmatką do wycierania podłogi. Jesteś człowiekiem, który ma uczucia, który
kocha i który chce być kochany. Który rozumie innych i chce by inni rozumieli
go. Chcesz by ludzie cię pokochali i akceptowali takim, jakim jesteś.- Mówiąc
to zauważyłam łzy w jego oczach.
- Nie widzisz, że nie odpowiada?- Zaśmiała się Brooke.
Szczerze chciałam dać jej w mordę, ale jakoś się powstrzymałam.
- Bo ma zamydlone oczy, tobą. Może kiedyś zmądrzeje. - Popatrzyłam
na niego z wyrzutem. Jak on mógł jej pozwolić na takie traktowanie.- Teraz was
zostawiam..- Już otwierał usta, gdy rzuciłam- dziękuje za gościnę, ale jak sam
widzisz, twoja pani, kazała ci sie mnie pozbyć się, a ty wolisz siedzieć cicho.
Zawiodłam się na tobie- spojrzałam na niego z smutkiem- A tobie- spojrzałam na
Brooke- też życzę takiego rzeczowego traktowania. Naprawdę zasługujecie na
siebie- odwróciłam sie na pięcie.
- Rose to nie tak.
- a jak?! Jak możesz jej pozwolić na takie traktowanie?!- Założyłam
ręce na piersiach. Miałam gdzieś, że stoi i słucha- Jakby kazała wskoczyć ci w
ogień to byś skoczył?
- Nie- odparł, co ją zdziwiło.
- No właśnie, przemyśl to, a teraz życzę udanej nocy, bo
zapewne tylko o to chodzi.
- Michael każ jej iść- zapiszczała tupiąc nogą.
- Nie- powiedział.
- Co?
- NIE! To nie ona pójdzie tylko ty. Rose ma rację, całe
życie pozwalałem innym na takie traktowanie. Jestem ci potrzebny tylko do
jednego. Odzywasz się tylko raz na jakiś czas. Dlatego proszę cię, żebyś
opuściła Neverland- uśmiechnęłam się do niego.
- Niby, co?
- Dobrze słyszałaś.
- Nigdzie nie pójdę.
- Mam zawołać ochronę?- Spojrzał na nią jak na idiotkę.
- Ochrona nie będzie potrzebna, jak złapie ją za te kudły
to pożałuje- spojrzałam na nią wkurzona. Syknęła coś pod nosem, odwróciła się
na pięcie i poszła do swojego samochodu.
- Dzięki, otworzyłaś mi oczy.
- Załamujesz mnie. Naprawdę nie wierze, że jej na to
pozwalałeś.
- Kochałem i nadal kocham Brooke.
- I naprawdę nie bolało cie to, że odzywa się raz na jakiś
czas, tylko po to, bo na ciebie ochotę. Nadal nie wierze, że dzwoniła tylko jak
miała ochotę na szybki numerek. To nie do pomyślenia- potrzasnęłam głową.
- Naprawdę byś ją wygoniła?
- No raczej- prysnełam.
- Chodźmy- z uśmiechami weszliśmy do środka. Jeśli
myślałam, że " podwórko" jest magiczne, to dopiero, jaki cudowne było
wnętrze. - Rose to jak zostaniesz?
- Jako twój osobisty bodyguard- zaśmialiśmy się.
- Tak i z innego powodu- speszył się nieco. Po chwili
zjawiliśmy się w kuchni, gdzie krzątała się kobieta ok. 40 letnia.
- Rosario- kobieta spojrzała na nas.- Poznaj Rose, od teraz
pomieszka tu trochę.
- Co?- Spojrzałam na niego zdezorientowana.- Czemu ja nic o
tym nie wiem.
- Już wiesz.
Rosario widząc nas wybuchła śmiechem, i uśmiechnęła się do
mnie szeroko.
- Bardzo mi miło- podeszła do mnie i mnie przytuliła. Po
jej akcencie rozpoznałam, ze nie jest amerykanką.
- Przepraszam bardzo, ale. Ale pani nie jest amerykanką
prawda? W sensie rodowitą.
- Nie jestem pół polką pół amerykanką.
- Ja też!- Wykrzyknęłam z entuzjazmem.
- Wreście będę miała, z kim pogadać, bo panna Shields się
nie nadaje- słysząc to zaśmiałam się szczerze.
- Widzisz dla nas obojgu dobrze wyjdzie twój pobyt tutaj.
- Po prostu chcesz mnie tu przetrzymać- mruknęłam siadając
na krześle.
- a musze?
- Na razie nie- on słysząc to zaśmiał się.
- Zaraz podam obiad. Mam nadzieję, że ty też Rose zjesz.
- Z miłą chęcią, ale nie dużo.
- Nie jadek?- Pokiwałam głową- Dobraliście się- spojrzała
na Michaela i trzepnęła go szmatką po palcach, gdy dobierał sie do ciasteczek. Widząc
ten widok wybuchłam śmiechem.- Gdybyś tak chętnie jadał obiady.
- To nie byłbym sobą- całą trójeczką, wybuchliśmy śmiechem,
wtedy Rosario spojrzała na mnie i kontynuowała:- A gdzie się urodziłaś?
- W Gary, ale moja mama pochodzi z Polski i mieszkałam tam
5 lat.
- A gdzie?- Spytała z ogromnym uśmiechem.
- Krakowie- rzuciłam.
- Oh Kraków to piękne miasto- westchnęła.
- Czy tylko ja nic nie wiem o Polsce.
- To najwyższa pora trochę sie pouczyć na jej temat.
- To może my z Rose udamy sie do biblioteki, a ty nas
zawołasz?- Spojrzał na nią błagalnie.
- Za 10 minut was widzę- on słysząc to złapał mnie za rękę,
podkradł cała miseczkę ciasteczek i pociągnął mnie za sobą.
- Musiałeś?- Pokiwał głową i wepchnął mi jedno ciastko do
ust.- Czekolada.
- Moja ulubiona, ach.
- Gdzie się podziały ciasteczka- koło nas zjawiła się Rosa.
Michael schował miseczkę za plecami, a ciastko, które zaczynał jeść wepchnął do
ust. Chciało mi sie z niego śmiać się, lecz musiałam się powstrzymać.-
Michael?- Uniosła jedna brew do góry a po chwili pogilgotała Michaela.- Oh
znalazły się, nie ładnie podjadać.
- jakbyś mi dawała t bym nie musiał- wyszeptał dokańczając
ciastko.
- z pełną buzią się nie gada- potarmosiła jego nos.
- ty mnie zmuszasz do tego.
- Słyszałaś to Rose. To ja ci kazałam brać te ciasteczka?
Po prostu ręce opadają- chichotałam pod nosem, Michael też. A Rosa, ach szkoda
gadać.
- To my idziemy do biblioteki- pociągnęłam go za rękaw.
Weszliśmy do przepięknej biblioteki a mi wyrwało się głośne westchnienie.
Piękne obrazy, do tego pełno książek. Wciągnęłam powietrze
i mimowolnie się uśmiechnęłam. Kochałam zapach książek. Podeszłam do jednego regału
i opuszkiem przejechałam po okładkach. Michael stał z boku i uważnie mi się
przyglądał.
- Chyba już stąd nie wyjdę- wyszeptałam i spojrzałam na
niego.- Ile tu książek. Dlaczego masz aż tyle książek?
- Bo po prostu kocham je. A ty?
- Ach, książki to całe moje życie. Moi rodzice też kochali
książki, pamiętam, że też zrobiliśmy sobie taką mini bibliotekę. Potem
siadaliśmy i siedzieliśmy w niej do wieczora. Kochałam przeróżne historie. Od
baśni po kryminały, to pozwala słuchaczowi przenieść sie chociażby na chwilę do
innego świata.
- Zgodzę sie w stu procentach- podszedł do mnie.- Gdy byłem
dzieckiem też kochałem czytać i zostało mi to do dziś. Gdy miałem chyba 12 lat
obiecałem sobie, że kiedyś jak będę miał dom to wybuduje w nim bibliotekę- odparł.
- Dotrzymałeś danego sobie słowa. Tutaj przesiadujesz całe
dnie?
- zależy. Jak jest pochmurno i nie muszę zjawić się sie w
studiu to tak- usiadł na kanapie. Ja też usiadłam i odkryłam, jaka ona jest miękka.
- A gdzie masz wenę?
- Raz tutaj, czasem jak lecę samolotem, gdy bawię się z dziećmi.
Czasem zdarza się też, że zamykam oczy i nagle bierze mnie oświecenie i alive
derci sen, do póki nie przeleję tego na taśmę lub na papier, będzie mnie to
męczyć.
- Miałam tak samo. Kiedyś, jako mała dziewczynka pisałam
piosenki potem zaczęłam pisać, krótkie opowiadania- usiadłam przyciągając do
siebie nogi.
- O czym.
- Raczej, o kim. To zależy. Kiedyś pisałam opowiadanie o
mnie. Że jestem pewną tancerką, i nagle idę na casting do jakiegoś teledysku. A
potem ten casting kończył się gorącym romansem- on słysząc to zachichotał- ci
bohaterowi brali ślub, potem mieli dzieci, a potem patrzyli jak one dorastają.
- To cudowne, przeczytasz mi je kiedyś.
- Chciałbyś- prysknełam.
- No, dlaczego?
- Przeczytam pod warunkiem, że ty mi pokażesz swoje dzieła-
pokręcił głowa- no to widzisz.
- nie lubię nikomu ich pokazywać.
- ja też.
- oh no, ale jedną.
- dwie- rzuciłam, na co westchnął i rzucił "
okey".
- Michael, Rose chodźcie tu- usłyszeliśmy głos Rosario.
- wrócimy do naszej rozmowy wieczorem- pokiwam głową i
wstałam- to znaczy, że zostaniesz?
- co ci tak zależy
- eee- zaczął się mieszać.- Rosa już idziemy.
- Nie mam do ciebie sił- odparłam a on pokazał mi język.
-Co to miało znaczyć?
- Ze cie lubię- wyszczerzył się. Walnęłam go w ramie- a to,
za co.
- Lubię cię.
Popatrzył na mnie z litością i w jednej chwili złapał mnie
w pasie, i przerzucił sobie przez ramie. Nie miałam sił by się drzeć, więc
mówiłam w kółko " puścisz mnie do jasnej cholery?"
- Płyta ci sie zacięła czy jak?- Zapytał i postawił mnie na
równe nogi.
- tak- rzuciłam krótko i popatrzyłam na trzy osobniczki.
- Mama, Janet Toya- podrapał się po głowie-, co wy tu.,
- Byliśmy umówieni a ty się nie zjawiłeś, i nie odbierasz,
to postanowiłyśmy do ciebie przyjechać- Michael wyciągnął telefon i spojrzał na
wyświetlacz. Wyjrzałam mu przez ramie i zobaczyłam 20 nieodebranych.
- Przepraszam, nie słyszałem.
- Trudno, nie będziemy sie gniewać o ile przedstawisz, nam
tą oto piękną panią- mruknęła jego mama.
- Mamo, Janet i Toy'u poznajcie moja znajomą Rose-
spojrzały na mnie a ja szeroko się uśmiechnęłam i rzuciłam:
- hej.
Michael to słysząc wybuchnął śmiechem.
- To znaczy dzień dobry przepraszam- speszyłam się. Mama
Michaela oraz jego siostry zaśmiały się, z resztą Michael też. Złapał się za
brzuch i osunął po podłodze śmiejąc się jak popaprany.- Jeszcze raz
przepraszam.
- Oh Rose nic się nie stało. Zabawna jesteś- odparła i
popatrzyła z litością na swojego syna. Ja ledwo, co powstrzymywałam śmiech, po
chwili jednak nie wytrzymałam i zaczęłam chichotać.- Opanuj się.
- Okej- jakoś wstał i podparł się o szafkę, niestety nie na
długo, wywalił się razem z szafką.
- Co tu- w przedpokoju zjawiła się gosposia.- Naćpałeś się
czy jak?
Może i to nie było zabawne, ale słysząc to z ust 40
letniej kobiety, stojącej z ścierką nad turlającym się po podłodze
Michaelem Jacksonem wydawało się mega śmieszne.
- Dobrze, to ja państwu nie przeszkadzam- odparłam wymijając
go.
- A ja, co?
- Idź do Zoo, tam są twoi krewniacy.
- Ej nie bądź złośliwa.
- Ja? Złośliwa? Ja mówię fakty- zaśmiał się i wstał.
- zapraszam do jadalni obiad podano- mruknęła Rosa.
Udaliśmy sie do jadalni. Usiadłam koło Michaela, na przeciw Janet. On
oczywiście cały czas śmiał się pod nosem.
- Ogarnij się- mruknęła Janet. Po chwili ( długieeeeej
chwili uspokoił się) i zaczął normalnie jeść.
- Długo się znacie?
- nie- rzucił Mike.
- Oh, a Rose będzie tutaj częściej?- Spytała z nadzieją Janet.
- Dlaczego?- Zapytał.
- Bo chciałabym się z nią zakolegować- mruknęła wesoło
Janet.
- Na razie będzie tu mieszkać.
- Ee poprawię cię na razie musi tu mieszkać, gdyż nie
chcesz mnie wypuścić- poprawiłam go.
- No wiesz, co? Nie chcę być sam. Przy tobie to, chociaż
odnajduję, bratnią duszę. Jesteś moim krewniakiem.
- Nie jestem małpą.
- jesteś kapucynką.
- No i weź ty go zrozum- Mama Michaela i Janet zaśmiały się
a Toya, pokręciła głową.
- jutro przyjeżdżają dzieciaki hymn?- Zagadnęła p. Katherine.
- tak i już nie mogę się doczekać.- Odparł. Zerknęłam na
niego z ukosa, uśmiechał się łagodnie a gdy zorientował sie, że od dłuższej
chwili patrzę się na niego spojrzał na mnie mrugając powiekami, wyglądając
cholernie uroczo.
- Co mi się tak przyglądasz?- Szepnął.
- Nadal do mnie nie dociera, że istnieją jeszcze faceci,
którzy przejmują się innymi, że nie myślą tylko i wyłącznie o sobie- wysypałam-
Na mojej drodze cały czas stawał jakiś palant, zapatrzony w siebie niczym w
obrazek, a tu nagle przez przypadek na mojej drodze staje osobnik, za którego
miliardy ludzi dałoby się zabić. To jest niezwykłe- on słysząc to zarumienił
się i spuścił głowę. Musiałam przyznać jedno cholernie słodki był, gdy się miotał.
Udawał takiego silnego, lecz w środku był małym słodkim chłopczykiem- Nie
dziwię, że miliony ludzi cię kocha, zasługujesz, na miłość i na kogoś, kto cię
szczerze pokocha- mama Michaela słysząc to miała łzy w oczach, Janet uśmiechała
się, Toya, z resztą też a Michael przyglądał mi się uważnie.
- Jesteś cudowna- wyszeptał w końcu.- Cieszę się, że cię
spotkałem.
- To ja cieszę się, że spotkałam ciebie... A teraz
zostawiam państwa i idę, pomóc Rosario- uśmiechałam się, wstałam i poszłam do
kuchni. Rosa trzepnęła mnie szmatką, za to, że chciałam pomóc, ale po kilku
minutach marudzenia, zgodziła się. Gdy było posprzątane, wyszłam na taras, i odetchnęłam
świeżym powietrzem. Z jednej strony cieszyłam się, że napotkałam go na swojej drodze,
ale z drugiej żałowałam. Znam go jeden dzień, a już przywiązałam się do niego. Trzeba
pamiętać jedno, jak raz spotka się prawdziwego Michaela Jacksona, to ten z
plakatów nie wystarcza. On jest niczym narkotyk. Po, mimo iż go dobrze nie
znałam, czułam się tak bezpiecznie, i tak dobrze, wiedziałam, że z czasem będę chciałaby
uczestniczył w moim życiu. W pewnym momencie poczułam ciepłą dłoń na ramieniu,
odwróciłam się i zobaczyłam panią Katherine.
- Czyż Neverland nie jest cudny?- Zagadnęła.
- On jest niezwykły tak samo jak jego właściciel.
- Wiesz, Rose poznałam wiele dziewczyn, z którymi mój syn,
albo się przyjaźnił albo spotykał, ale jeszcze żadna nie sprawiła, że mój syn,
co chwila się śmiał, by wreście się otworzył. Nigdy tego nie widziałam. Albo
jak uśmiechnął się do ciebie zawstydzony. Dawno nie widziałam Michaela
takiego.- Rzuciła siadając na drewnianej ławce, na której leżał biały przytulny
koc,- usiądź ze mną proszę. Nieśmiało usiadłam koło niej wtedy kontynuowała-,
Gdy Michael zaczął dorastać, zamknął się w sobie.
- Dlaczego?
- W największym stopniu przez ojca, Joseph, zmienił się po
urodzeniu dzieci. Prędzej był czułym, opiekuńczym oraz romantycznym
facetem.
- Ale nie rozumiem- spojrzałam na nią zdziwiona.
- Gdy Michael zaczął przechodzić, okres dorastania, to
złapał go okropny trądzik, przez co nie chciał wychodzić, na dwór, unikał
wszystkich a lustra w szczególności. Do tego Joseph mówił mu okropne rzeczy.
Pamiętam dokładnie dzień, w którym Michael przyprowadził do naszego domu
dziewczynę o pięknych czarnych włosach, i o niebieskich oczach. Od razu stracił
dla niej głowę. Byli naprawdę szczęśliwi, chcieli nawet wsiąść ślub. Jednak
okazało się, że Alice, bo tak się zwała dowiedziała się, że ma raka piersi.
Musiała mieć operację, to była jedyna możliwość by przeżyła. Michael każdego
dnia mówił jej jak bardzo ją kocha nie zostawi z tego powodu, jednak ona
była załamana. Trzy dni po operacji, połknęła dużo tabletek nasennych i podcięła
sobie żyły. Nie dało jej się uratować. Michael popadł w depresję, też miał
myśli samobójcze, gdy przyszła pora pogrzebu powiedział mi, że już nigdy się
nie zakocha, że Alice wzięła jego całe serce ze sobą. I tak się stało, przez
bardzo długie lata, był zamknięty w sobie. Spotykał się to z Tatum O'Neal,
Brooke, i z Tatianą. Ona strasznie przypominała Alice, jednak Michael nie oddał
się jej do końca, i skończyło się na czystej przyjaźni. Nigdy nie uśmiechał się
szczerze no chyba, że na widok dzieci. Bardzo zamknął się w sobie i nie chciał
pokazać, swojej prawdziwej twarzy...- Urwała.
- Przykro mi- wyszeptałam.
- Do dzisiaj- spojrzałam na nią zdziwiona.- Gdy patrzę
teraz na niego przypominam sobie, jaki był z Ally. Dzięki tobie, znów wrócił
ten dawny Michael. Dlatego chce ci podziękować.
- Ale nie ma, za co.
- Jest, mój syn znów się uśmiecha, a to jest cudowne- miała
łzy w oczach ja też- Gdyby nie ty, Rose, obiecaj mi, że nigdy go nie zranisz.
- Nie mam zamiaru- mój głos po mału się załamywał.
- Dzięki tobie odzyskał radość życia.
- Proszę Pani, ale Michael zna mnie jeden dzień. Jestem
przypadkową dziewczyną.
- Ale niezwykłą- dodała. Spuściłam głowę, a po moim
policzku spłynęła samotna łza.- Widać, że wiele przeszłaś, i dogadujesz się z
nim świetnie. Mam nadzieję, że nie stracisz nim kontaktu.
- Ale ja nawet nie wiem, kim dla siebie jesteśmy- bawiłam
się rękawem mojego swetra. - Nie pasuje do jego światu. Pani Katherine słysząc
to bardzo posmutniała.
- Zrobisz jak będziesz chciała.
- Mogę pani obiecać, że nie skrzywdzę go. tego jestem
pewna- słysząc to znów się uśmiechnęła.
- Wierzę ci Rose... Wierzę
,, Jestem taki sam jak inni – kiedy się skaleczę krwawię..." ~ Michael Jackson.